środa, 12 grudnia 2018

Sto lat, jeden miesiąc i jeden dzień później


Nieskończenie niepodległa? Wieczność czasami trwa tylko sekundę według Królika z "Alicji w Krainie Czarów", być może zatem nieskończoność tych obchodów trwa tak długo, jak długo nie znajdzie się kolejnego dobrze sprzedajnego święta.



 "Boję się pisać na ten temat"- ta myśl przychodzi ciężka jak słoń spadający z dziesiątego piętra prosto na mnie. "Nie chcę tego pisać" - to kolejna myśl. Szukam przyczyny. " Źle się czuję, pisząc to"- myślę w końcu, a jeszcze gorzej się czuję, kiedy zdaję sobie sprawę dlaczego tak się dzieje. Człowiek jest istotą, nielubiącą być rozdartą, niezdecydowaną, niepewną, a już zwłaszcza nienawidzi podejmować decyzji. (Tak przynajmniej słyszałam.) Ja w tym momencie natomiast dokładnie tak się czuję. Z jednej strony nie chcę pisać, bo temat za bardzo mnie przytłacza: boli, doskwiera i uwiera w tych najgłębszych okolicach duszy, których nigdy nie chce się ujawnić. Z drugiej strony nie chce mi się pisać, bo w gruncie rzeczy niewiele mnie to obchodzi. Uznaję obchody rocznicy za skomercjalizowaną, miałką imprezę dla polityków, żeby mogli się pokazać i pouśmiechać, a do tego pokazać, kto jest większym patriotą, kto stoi bardziej na baczność, kto lepiej śpiewa hymn narodowy, kto bardziej się wzruszy i dla kogo w końcu ta "naszawspaniałaupragnionakochanasilnaojczyzna"  jest   najwyższą wartością, a nie jak dla innych tu zebranych, jedynie wysoką. Postanawiam jednak pisać. Dlaczego? Być może dlatego, że zdarza mi się wzruszyć czytając Mickiewiczowskie Dziady, że uwielbiam zawiłości polskiego języka, że bliskie jest mi jedzenie na święta podwójnych zup (tych z tradycji zachodu naszego kraju, jak i wschodu), że czasem miło mi spojrzeć na godło nad tablicą i że, cholera, lubię być Polką. Chociaż nigdy się nikomu do tego nie przyznam.
Nie wiem czym jest dla mnie wolność. Moja wolność to te 5cm naokoło mojej skóry. Możliwość wyboru. Gdyby ktoś teraz spytał się mnie czy żyję w wolnej Polsce, nie wiedziałabym co odpowiedzieć. Niepodległej- odpowiedziałabym wymijająco, a wszyscy byliby zadowoleni, bo to odpowiedź bezpieczna, poprawna politycznie i dumna. Niepodległa. My jako młodzież (i ludzie zarazem, choć dla niektórych to się nie łączy) myślimy w kategoriach zerojedynkowych. Broń Boże nie dlatego że tak odczuwamy, ale dlatego, że tak nas uczą w szkole.  Niepodległość się ma lub się jej nie ma.  Ją się traci i odzyskuje. Za nią się walczy i ginie, cierpi się za nią i umiera z tęsknoty za nią, a przynajmniej szaleje, marzy się o niej. Mamy spis bohaterów narodowych- czystszych niż łza, mamy pięknie wypisaną historię martyrologii polskiej- jedyną słuszną, mamy apele na 11-tego listopada których nikomu się nie chce organizować. Na tegoroczne zdjęcia klasowe każą nam zastanowić się jak   upamiętnić setną rocznicę, ktoś proponuje ubrać się na biało-czerwono; jesteśmy zażenowani. Nasza niepodległość. Ale nikt nie mówi nam, młodzieży ani dzieciom, co się z nią robi, kiedy już się ją ma. Kiedy ma się nie tylko ją, ale też cały świat. Kiedy żyje się w globalnej wiosce i jedyne co odróżnia własny kraj od tych wszystkich innych naokoło, jest dzielenie się opłatkiem na święta z rodziną, której i tak się najczęściej nie lubi i niższy rozwój gospodarczy od Zachodu. Ciężko w takiej sytuacji o silne poczucie przywiązania. To miejsce w środku Europy nie kojarzy nam się z wolnością. My, młodzi, chcemy płacić w dolarach, jeździć szybkim metrem i zdawać międzynarodowe matury. Nie chcemy żeby ciągle nam wciskali kit o potrzebie przegranych powstań, żeby za pieniądze naszych rodziców stawiano złote pomniki komuś, kto już dawno nie żyje (albo jeszcze gorzej- nadal sprawuje władzę) zamiast ławek w parkach. My, młodzi, chcemy żyć w kraju silnym, rozwiniętym. Kraju za którym podążają inne, jest przewodnikiem, przykładem dla wszystkich , kraju w którym dumnie jest żyć i chce się żyć. Nie w kraju za który trzeba zginąć, żeby przejść do historii.  W którym wszyscy patrzą wstecz, dyskutują na temat minionych porażek i sukcesów. W którym duma narodowa bierze się z jednej czy dwóch bitew, w tym jednej rozegranej na początku piętnastego wieku. Nikt tu się nie skupia na przyszłości. Co gorsza, prawie nikt się nie skupia na teraźniejszości. Ludzie są podzieleni, zirytowani. Nie cieszą się, że tu są. Dla nas, młodych ludzi, Polska nie oznacza wolności, bo nikt nas nigdy nie nauczył, że powinna to oznaczać.
Nie rozumiem, dlaczego moja narodowość ma być dla mnie ważna. Albo nie chcę zrozumieć. Kocham ten kraj, bo w nim jest MOJA rodzina, bo wiem, że idąc do księgarni, kupię książki, które będę rozumieć. Bo mogę mówić we WŁASNYM języku, pielęgnować NASZĄ  tradycję, gotować NASZE potrawy, tańczyć poloneza i inne tańce ludowe. Zdaję sobie jednak sprawę, że mogłabym się urodzić w jakimkolwiek INNYM miejscu na ziemi, w jakimkolwiek INNYM kraju, jadłabym wtedy INNE potrawy na INNE święta, tańczyłabym tańce ludowe TAMTEGO miejsca, witałabym się z INNYMI sąsiadami i mówiła w INNYM języku. I tak samo kochałabym ten kraj. Nie kocham bowiem z jakiejś przyczyny. Bez względu na historię, na brzmienie języka, ilość kolorów na sukni do tańców narodowych czy ilość soli w ojczystym daniu, kochałabym to miejsce tak samo. Bo byłoby moje. Bo wracałabym do niego, bo byłoby obrazem mojej rodziny, moich wszystkich wspomnień, ludzi których poznałam i wpuściłam do swojego życia. Ojczyzna to obraz człowieka, część mnie samej, pojedynczy głos korzeni w zmieszanej plątaninie dźwięków. To przynależność, która nie zawsze pasuje, ale dopóki jest, ma się poczucie, że ma się dokąd wracać. To losowość do której tak się przywiązujemy, że mamy poczucie, iż nigdy inna być nie mogła. Traktujemy ją jak oczywistość, nasz przywilej. Kimś przecież trzeba być, nie można być znikąd. Mówimy "ja, mnie, mój, moje" i narzekamy. Że klimat nie taki, że za mało, albo za dużo, że znowu, albo że wcale. Czasem chcemy coś zmienić, ale częściej to nam się nie chce. Przecież nie mamy wyboru. Jesteśmy tu, gdzie zesłał nas los- dowolny punkt w dowolnej przestrzeni ta nasza ojczyzna. Ktoś zginął, ktoś się poświęcił, 346 stron podręcznika od historii, co to wnosi dla nas teraz? Jest wywalczona, niepodległa, bez wrogich sąsiadów. Mogliśmy być gdziekolwiek indziej, ale jesteśmy tutaj. Jakoś trzeba żyć, po co tam od razu się afiszować, że to nasz kraj. Przecież wiadomo, że my stąd, no bo skąd niby? Kocham ten kraj, ale nie wiem za co. Może właśnie za ten wybór. W dowolnym momencie mogę przestać w nim być, wyjechać gdziekolwiek indziej. A przecież zostaję.
Boję się pytać ludzi w moim otoczeniu  o wolność. Co tak naprawdę znaczy. Każdy kogo o to pytam, patrzy się na mnie dziwnie. Niepodleganie pod nikogo i niczego. Niesłuchanie  zasad. Posiadanie własnej drogi. Dawanie przykładu bycia nieskrępowanym w każdy możliwy sposób. Nie drążę dalej co to znaczy, spodziewam się odpowiedzi. Manifestacja wolności w postaci noszenia majtek na głowie, deptanie trawnika w parku, protestowanie, negowanie, zaprzeczanie. Na szczęście się mylę. Słuchanie co się chce, czytanie co się chce, oglądanie co się chce, jeżdżenie gdzie się chce.Taki obraz ma nasza wolność. Gdy pytam czy czują się wolni, zaprzeczają. Nie zawsze  tłumaczą dlaczego. Czasem wzruszeniem ramionami informują, że nie interesują się polityką, że im wszystko jedno. Inni się zacietrzewiają, opowiadają o powrocie do złego ustroju, o drożejących biletach PKP. Inni mielą przekleństwo w ustach i jadą na ostatni spektakl tego niepasującego władzy artysty, na który jeszcze mogą. Są też tacy, co wcale się nie odzywają; widzę tylko jak w ich oczach gaśnie światło, gdy kierują wzrok za okno i w tej pozycji zastygają na bardzo długo. Jestem świadkiem niesamowitej obserwacji: niektórzy nie chcą wolności. Niektórym wystarczy bezpieczeństwo. Sam zapewniony byt, ogrzewanie podłogowe, jedzenie w ilości wystarczającej, a jeszcze lepiej w nadmiarze, no i Internet bez ograniczeń. Nie potrzebują wyrażać swojej opinii. Nie mają własnej opinii. Dopóki nikt im nie wciska karabinu w dłoń i każe walczyć, ale nie zakładają że do tego dojdzie. Wolność to bezpieczeństwo. Dla każdego z inną granicą. Ile jest takich  zagranic?
Nie wiem co powinnam teraz zrobić. Jeszcze mam na szczęście to wspaniałe prawo bycia biernym obserwatorem wypadków. Mogę nie robić nic. Chociaż powtarzają mi co chwila, że powstańcy mieli tyle lat co ja, a nawet mniej. (Biedne,  nastoletnie dzieci, drżące w nocy ze strachu, umieszczone siłą w sytuacji wojny, wyniesione na piedestał gdy zapomniano o zapachu krwi i zaczęto lubić ofiary.) Powinnam więc coś zrobić, podjąć jakąś decyzję. Najlepiej słuszną. Matury międzynarodowej nie zdaję. Na szybkie metro nie liczę. Studia tutaj czy tam? Wyjechać i cierpieć z tęsknoty za ojczyną w powieści epistolarnej czy zostać? Czuć się wolnym czy zapominać o wolności na rzecz ograniczonego bezpieczeństwa? Stać na baczność na apelu przy hymnie. Korzystać z biblioteki i księgarni. Przygotowywać zupy na święta. Zachwycać się barwami sukienek ludowych z wielkimi halkami. A potem, gdy dostanę w ręce tę magiczną oznakę informującą, że od teraz sama płacę za swoje przewinienia, podjąć ostateczną decyzję. Czyli zostać. Bo taką możliwość daje mi wolność. A ja przecież lubię być Polką.

***

Esej napisałam na konkurs o wolności pod nazwą powieloną pięć razy przez pięć różnych organizatorów. Konkurs odwołano. Za mało nadesłanych prac. O tym że pisałam sama dla siebie dowiedziałam się już po obchodach święta, kiedy było już za późno, żeby tę pracę wysłać gdziekolwiek indziej. Bo wszędzie już dawno te wyniki ogłoszono, laureatów wywieszono na tablicach, dyrektorów nagrodzono za zaangażowanie, encyklopedie wygranym rozdano, nadesłane prace skatalogowano, ew. wrzucono w niszczarkę, prowadzących pochwalono, a nad ojczyzną powzdychano. Koniec tego dobrego. Teraz królują teksty o świątecznych aniołach i bombkach kołyszących się na gałązkach przyprószanych śniegiem. Spoko, spoko, poczekam rok. Przecież i tak nic się nie zmieni. Albo napiszę tekst o reniferach. Przecież to żadna różnica. Drogi czytelniku, wnioski wyciągnij sam.Wszystko ma jakiś morał, pod warunkiem, że umiesz go znaleźć, że pozwolę sobie znowu zacytować Lewisa Carrola. Można by się doszukiwać powiązania Krainy Czarów z Polską, ale tego odradzam. Pozwólmy sobie wierzyć, że nie trzeba mieć bzika, żeby tutaj żyć.

niedziela, 11 marca 2018

O dniu kobiet i podziale umysłowym

All women are unreal
Parafrazując hasło jednego z bardzo wielu rysunków o kobiecym ciele-duszy-umyśle-wszystkim, jednak tutaj w zdecydowanie bardziej odrealnionej formie, bo prawie bajkowej. Bo księżniczki dla połowy dziewczynek przestają być atrakcyjne gdy te kończą 5 lat, a złapać jednorożca chce każdy.
 
1. Ktoś pseudo mądry powiedział
ktoś za to głupi podchwycił
tekst orzekający o mózgu
bo kogoś morał zachwycił
 
Mózg męski jest w cenie 
i męski mięsień być musi
bo męski to ścisły logiczny wybitny
kobiecy to ucisk na duszy
 
ref.:A ja udowodnię że się mylicie
A ja udowodnię że nie macie racji
Ja udowodnię że to bez znaczenia
Jak korzystacie z ubikacji
 
2. Skłodowska się załamała
Że prawie Nobla puściła
Hypatia z Aleksandrii za to
do gwiazd swych się odwróciła
 
i pytać poczęła je krycie
w areometr się patrząc
"Czy polon i rad to wystarczą,
gdy mózgu jak na lekarstwo?"
 
ref.:A ja udowodnię że się mylicie
A ja udowodnię że nie macie racji
Ja udowodnię że to bez znaczenia
Jak korzystacie z ubikacji
 
3. Joanna d'Arc też spojrzała
Zasępiła się nieco na koniu 
Marilyn Monroe się obruszyła
dodając ciut więcej tytoniu
 
Z Katheriną Hepburn stwierdziły
ze zgrozą patrząc na kino
że lepiej od tych aktorów
zagrałoby Pendolino
 
4.Virginia Woolf przeczytawszy
Pięćdziesiąt twarzy Greya
stwierdziła, że w tak dziwnych czasach
wyjścia po prostu nie ma
 
Lekarki, pisarki, fizyczki, artystki
Czy wiecie że się mylicie?
Że przy tych mężczyznach tonących już w zyskach
Zwyczajnie się nie liczycie?
 
5.Ale tak się przyjęło
w tym dziwnym i brudnym świecie
że gdy mózg prosty i siła
więcej nie potrzebujecie
 
Lecz gdyby nie ta kultura
to sądzę (i nie ja jedyna),
że proch strzelniczy i pióro
wymyśliła by dziewczyna
 
 
***
 
 
Tak się zdenerwowałam opinią, że biologiczne uwarunkowanie czyni mężczyznę mądrzejszym, że napisałam.
 
Tyle w temacie.
 
 

niedziela, 28 stycznia 2018

O nowym roku i innych dziwnych zbiegach okoliczności

 
 
"(...) ja jestem nowy rok przynoszę same nowe dobre dni..."
Nie czuję się inaczej, a dwa różne ptaki dalej podsuwają mi do uszu dziwne pomysły.
Gołębie zostały wyprzedane na śluby, więc to one zgodziły się założyć mi noworoczny wianek osobiście.

 
 
Mam 16 lat i pół.
Wbijam wciąż paznokcie w stół.
Kiepsko mi tu, uciec chcę,
stres dość ogranicza mnie.
Nie wiem nigdy co i jak.
Często mi współczucia brak.
Brak też wiary i pieniędzy,
żyję więc w podwójnej nędzy.
Chcę stąd nawiać, ale znowu
kroki wiodą w stronę domu
i zamknięcia w czterech ścianach
wraz z nauką do pytania.
Szukam sensu, lecz znajduję
tylko z wychowania dwóję.
Wciąż próbuje stać na nowo
się jednostka wyborową.
A wychodzi to co zwykle:
moje dziwne, różne cykle.

***
Nie było mnie, bo się zgubiłam w świecie tak zwanym rzeczywistym. Aż się zasmuciłam, zdając sobie sprawę, jak łatwo się do tej złudnej rzeczywistości przystosowałam. Znam na pamięć plan lekcji, zaczęłam planować, brać odpowiedzialność i szukać kompromisów, czyli robić te wszystkie rzeczy, które robią ludzie poważni, żeby uchodzić za przystosowanych i ludzie przystosowani, żeby uchodzić za poważnych. ble 
 
 Podsumowanie roku?
- zrozumiałam, że życie to nauka podejmowania złych decyzji,
- nie rozumiem natomiast dalej dlaczego,
- nauczyłam się, że warto od razu robić ładne zdjęcie legitymacyjne, a nie takie w dzień złożenia papierów do szkoły, bo proces wyrobienia nowej legitymacji wymaga dużo papierkowej roboty i kosztuje 12,89 zł (sic!)
- dwie pary dziurawych rajstop,
- obsikany przez kota dywan,
- stały uraz w psychice.
 
Postanowienia?
- brak.
 
   Nie chodzi wcale o to, że jest ze mnie tak wspaniała i niesamowita osoba, że już nie muszę się zmieniać. Nie. Po prostu w międzyczasie i tak się zmienię i realizowanie jakichkolwiek postanowień będzie się kłóciło z moim nowym bytem. (Jeżeli na przykład zostałabym gotem, to jak mogłabym realizować postanowienie częstszego uśmiechania się do ludzi?)
 
  Aż chciałoby się powiedzieć o 2017 "rok zmian", ale w moim przypadku byłoby to "życie zmian",  a jest to hasło tak uniwersalne to każdego, że żal je w ogóle wymawiać.
 
  Niech będzie lepiej, albo nawet gorzej. byleby jakoś było.
 
zdrówka - wracająca do żywych w internecie - autorka tego bezsensownego bloga
 

wtorek, 18 kwietnia 2017

O testach, egzaminach i nauce (lub jej braku) na ostatnią chwilę

 
Sobieski pod Wiedniem Turków pokonał,
a Władek Warneńczyk pod Warną skonał.
Pokój w Toruniu i Unia Lubelska,
konfederacje i wolna elekcja,
rozejm w Mitawie i pokój w Altmarku,
potopy, odsiecze w tym jednym folwarku
i choć masz już dosyć- przykra to rzecz.
Historia cię gnębi i nie pójdzie precz.
Sylaby i głoski są nie do zniesienia,
skrótowce, złożenia i inne zboczenia.
Dzień pierwszy to jasny apel do mas:
"Humanistycznych nie zdasz, idź spać."
Dzień drugi dalszą katorgę zaczyna:
algebra- sieć gęsta jak pajęczyna.
Pierwiastki, mnożenie, kolejność działania;
nadzieja na zdanie gwałtownie spada.
A przyrodnicze to rzecz najgorsza:
cztery przedmioty męczące bez końca.
Układ kostny i limfatyczny,
krążenie, puls na teście- statyczny.
Gdzie leży Wisła Kraków i Odra?
Skała magmowa czy pliszka modra?
Siła ciążenia przy grawitacji?
Reakcja syntezy, estryfikacji,
Park Narodowy, równik i monsun
to trawa, prąd, atom i Tajfun
stosunek zachowania masy do klasy:
będą u wszystkich umysłowy zakwasy.
Godzina, półtorej- nareszcie wolność,
lecz jeszcze języki zabiorą zdolność.
Nadzieja minie, gdy ujrzysz arkusze:
niemieckie, angielskie, francuskie katusze
Choć pewnie myślisz że to słaby żart,
trzeba napisać, to taki jest fart.
Przypadki, odmiana, rzeczownik, przysłówek,
teraz wychodzi nauka słówek...
Lecz Cię pocieszę mój przyjacielu -
- tych testów nie zda bardzo niewielu.
Więc włos z głowy rwiesz praktycznie bez celu
 i tak nie zasiądziesz na prezesowskim fotelu.
 
"yyyyy... tak mamo... uczyłam się"


Święta, święta i po, testy, testy i... jeszcze nie po. A szkoda. Gimnazjaliści zostali uraczeni w tym roku iście piekielnym terminem poświątecznym. Tutaj niby wesołych, wesołych, smacznego, smacznego, miło cię widzieć, jajko, święconka itd., a pod kopułą w głowie tylko chaotyczne pytania "Co umiem? Czego nie umiem? Czy cokolwiek umiem?". U większości. Bo są jednostki niestresujące się. Wybitne, dziwne, lub po prostu chore. Na mnie wypadło bycie dumnym przedstawicielem tej ostatniej grupy. Plusy? Masz wymówkę żeby się nie uczyć. Minusy?
 Nie jesteś w stanie robić też nic innego. Zdecydowanie lepiej byłoby zachorować dwa dni wcześniej, bo wtedy nie dość, że ominęłaby akcja "Wielkie sprzątanie", to jeszcze byłoby pewne, że na egzaminy człowiek zdrowy będzie. A tak to gra w rosyjską ruletkę. Tylko że ze wszystkimi nabojami. I okna trzeba myć, i na testach oddychać jak Lord Vader, bo nawet tony chusteczek nie pomogą... Zły sobie termin kobieto wybrałaś, zły termin...

PS. Przyszedł kwiecień obój buty... czy jak to tam dalej leciało. Na testy w podstawówce miałam upalne słońce, na egzaminy gimnazjalne śnieg, to co? Na maturę tornado, powódż czy trzęsienie ziemi?
PPS. Jeśli widzicie ludzi na galowo, to prosimy serdecznie się nie uśmiechać pod nosem. NAM TRZEBA WSPÓŁCZUĆ. Serdecznie pozdrawiamy
PPPS. Ponieważ przy okazji testów zawsze panuje nastrój grobowy, proponuję piszącym na testy wziąć wesołe, różowe kapcie (zawsze to lepsze niż o dwa rozmiary za małe szpilki drogie Panie) - tylko uwaga na dziurawe skarpety!, wesołą kolorową muchę lub krawat albo radosną broszkę. Uśmiechnijmy się. Jest niż demograficzny. I tak gdzieś nas przyjąć muszą.


niedziela, 19 marca 2017

O pielgrzymkach na siłownię i braku zrozumienia społeczeństwa dla leniwców


Witajcie moi kochani!!! :*****
Dziś czeka na was wspaniały przepis na bezglutenowe vegańskie (koniecznie przez "v''!) fit naleśniki. Ja już po treningu na mojej ulubionej siłowni, więc potrzebuję dużo białka no i oczywiście oleju kokosowego hihi. Nie mam pojęcia dlaczego go używam, ale wszystkie celebrytki tak robią więc you know...



Przez ostatnie dni znów czuję się jak wyjęta z innej bajki... Rok minął, a jakby świat dalej stał w miejscu. Ruszyły pielgrzymki na Jasną Górę i siłownię. Zaczyna mnie coraz bardziej martwić fakt, że te drugie już nikogo nie dziwią, a pierwsze bezustannie powodują ogromne oczy u rozmówców ("Cooo?! Chce ci się iść 500 kilometrów? Posrało do reszty?!") chociaż większość z pytających przechodzi tyle na bieżni w niecały miesiąc. W telewizji coraz częściej reklamy leków na odchudzanie. Kiedyś jedna na tydzień, dziś cztery w trakcie przerwy w jednym filmie. (Co ciekawie wprost proporcjonalnie do ilości reklam suplementów diety rośnie liczba reklam leków na potencję i obawiam się, że nie jest to przypadek...) Skąd ta chęć zdrowego żywienia? Czy to oznaka naszych czasów? Czy kult wysportowanej jednostki jako figury z pogranicza raju robi wodę z mózgu społeczeństwa? A może po prostu ludzie czują presję. Taką zwyczajną, ludzką. Że powinni być wysocy, piękni i szczupli (najlepiej jeszcze z ciemną opalenizną) niczym ludzie z plakatów reklamowych. Zawsze uśmiechnięci na myśl o śniadaniu z sokiem pomarańczowym wszystkim znanej firmy albo przepysznych płatków śniadaniowych, które są taaaakie pożywne. STOP. Wróc. Płatków z mlekiem, a i owszem, ale tylko pod warunkiem, że w tym mleku będzie rozpuszczone białko. Dużo białka.
A więc dobrze. Chodzisz na siłownię= +10 do bycia fit. Pijesz wodę z Ewą Chodakowską= +20 do bycia fit. Biegasz co rano, pływasz, grasz w koszykówkę i regularnie wstawiasz na insta zdjęcia z programu treningowego= + wywaliłoskalę do bycia fit. Co jeżeli jednak tego nie robisz?
Przykro mi. Właśnie stałeś się marginesem społeczeństwa, leniwcem w ludzkiej skórze, a w oczach ludzi kimś nieciekawym, niepotrafiącym zapanować nad własnym samozaparciem i w ogóle idź się zabij, bo smutno patrzeć.
Czy to jednak znaczy że nie masz wyjścia?  
Błąd.
Wyjście jest zawsze. W tym momencie jednak łączy się z  podpisaniem paktu z diabłem. Nie krwią jednak, lecz potem. Potem w którym da się wyczuć wyraźną nutkę ksylitolu i protein.
 
Cyrograf - zdjęcie poglądowe
Pół biedy jak naprawdę jesteś zakręcony na punkcie bycia wysportowanym jak Schwarzenegger
i wyciskanie dwóch stów na klacie to dla ciebie sport jak każdy inny. Gorzej jeżeli jesteś tylko biernym obserwatorem zabaw masochistycznie- ćwiczeniowych. Obserwatorem, na którego barkach spoczął ciężar bycia. Bycia tak po prostu w samej swojej całej prostocie. Zostałeś zmuszony to chodzenia na siłownię - to raz. Zostałeś zmuszony do diety i liczenia kalorii (cóż, przynajmniej lepiej opanujesz dodawanie do 1000) - to dwa. Zostałeś zmuszony do wyzbycia się swojego światopoglądu i miłości do jedzenia - to źle. Nawet bardzo. Potem się dziwią, że ludzie mają depresję, są niewyspani, młode dziewczyny popadają w anoreksję, a starsze w alkoholizm. 
Cóż, macie to czego chcieliście.
 
Rysunek poczyniony z dedykacją dla owego gentelmena, który to miał powiedzieć: "Dzisiaj pizza, jutro Chodakowska". Ja uzupełniłam tę frazę o stwierdzenie, że każdego dnia mamy dzisiaj i wiecznie żyje tylko ten, który cieszy się chwilą właśnie trwającą. Carpe diem jak powiedział ktoś mądry. Tak oto powstała jedna z - tu mogę się założyć- najlepiej już niedługo sprzedających się sentencja dla wszystkich, którzy chcą zacząć ćwiczyć - a i owszem- tylko nie mają odgórnie wyznaczonego terminu na zaczęcie.


Oczywiście byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że "zawsze", "wszyscy", "wszędzie"... (ale przecież nie mówię). Chodzący na siłownię stworzyli swoją własną subkulturę ociekającą w syntol i rytmiczne piosenki na bieżnię. Otoczyli się tylko sobie znanym światem. A czy to źle że znaleźli własny świat? Przecież każdy ma swój. Tylko, na litość czegokolwiek w co wierzą, niech nie wciągają do niego na siłę.
Na szczęście nikt nie zabronił nam- grubasom, którym nie chce się ruszyć swojego leniwego nacelluitowanego zadka- się z tego naśmiewać. I bardzo dobrze, bo co my byśmy wtedy poczęli? Pozostało by nam tylko samotne popłakiwanie na kanapie z naręczem lodów czekoladowych i celowanie rzutkami do przyklejonego na ścianie magazynu sportowego ze sportsmenką na okładce.
A tak możemy całą naszą (całkowicie oczywistą i słuszną) frustrację wyładować w internecie, pisząc że Pudzian to krowa na sterydach, a Ewcia w sumie to jest gruba i brzydka i nikt jej nie lubi (lub po prostu napisać o tym post na blogu). No bo przecież ćwiczyć nie zaczniemy...
 
Moje życie diametralnie się zmieniło odkąd usłyszałam o smakowym białku. (Sama informacja że istnieje w ogóle coś takiego jak białko w proszku do rozrobienia z mlekiem czy wodą też mnie lekko wytrąciła z równowagi, ale ta druga wywołała nieporównywalnie większe wrażenie.) Jakoś bardzo trudno mi było sobie wyobrazić dwóch napakowanych koksów na siłowni którzy między ćwiczeniami popijają mleczko o smaku białej czekolady. BIAŁKO KONOPNE - to brzmi dumnie! (Pomińmy fakt, że smakuje jak trawa). BIAŁKO CIASTECZKOWE- i już mam przed oczami obraz pakerów przybijających sobie piątkę na myśl o wyjściu do obiegu białka o smaku gumy balonowej albo smerfowym... Od razu mam wrażenie, że na ramionach miast tatuążu gangu motocyklowego będzie u nich widnieć różowy jednorożec. Jednorożec ze sztangą oczywiście.
  
PS. Ćwiczcie, cieszcie się życiem lub ćwiczcie celność na gazetach sportowych -dopuszczalne także robienie wszystkiego razem (niekoniecznie w tym samym czasie).
PPS. Przykro mi za jakość skanów rysunków. Zapiszę w widocznym miejscu żeby nigdy nie używać kołonotatnika do rysunków do skanowania. Jest też szansa, że nawet drukarka nie mogła znieść moich bazgrołów - stąd te cienie i prześwietlenia.

niedziela, 5 lutego 2017

O zimnie pod kocem i cieple na wietrze

 

 
 
Chodź, otulę Cię zimnem.
Kołdra ze starych brudów zaciągnięta pod samą szyję
Słyszysz? Kalofery śpiewają kołysankę dla Ciebie
Huk zapowiadający wypędzenie z raju to upadająca pinezka na drugim końcu mieszkania.
Nikt nie słyszał płaczącej łzy. Krople deszczu zbiera wiadro. Przeciekający dach. Metalowy pogłos. To odzywa się sumienie.

Chodź, otulę Cię zimnem.
Poduszka wypchana marzeniami prawidłowo ugnieciona pod głową.
Czujesz? Samotność się łasi.
 Przyszła i ociera się o nogi. Przytul ją. Była dziś w bardzo dużym tłumie i nie może uspokoić oddechu.

Chodź, otulę Cię zimnem.
Prześcieradło z myśli znów pogniecione na rogach.
Widzisz? Masz mokre ręce.
Na łokciach nie ma autostrad dla zgubionych pragnień. O kolizję nietrudno, kiedy łapczywy oddech znajduje ukojenie dopiero przy własnym żołądku.

Chodź, otulę Cię zimnem.
Rano i tak kaloryfery zaczną grzać na nowo.
 
 
 
 
 
***
 
Temperatura spadła do minus dziesięciu, zima sobie chyba o nas przypomniała, sezon grzewczy się zaczął... wszystko niby po staremu. Niby skarpety na stopach do spania jeszcze niepotrzebne, niby zima to musi być zimno, niby można się przykryć czterema kocami... no właśnie. Niby. Bo kiedyś po prostu musi przyjść moment zrozumienia. Zrozumienia, że żaden termofor nie pomoże, że parzenie dziesiątej kawy nic nie da, że czwarta bluza i dwie pary rękawiczek naprawdę nic nie zmienią. Że zimno, które czujesz, to zimno idące ze środka.
 
 


PS. Nie twierdzę, żebym się zebrała, ale myślę, że zamienienie wiadra na koszyk to był dobry pomysł. Rozpatrywałam tez worek, ale za bardzo kojarzył mi się ze śmieciami czy zwłokami.
Zresztą - spakować swoją egzystencję w worek na śmieci- czy to nie jest wymowne?
PPS. Moja miesięczna nieobecność nie miała (wbrew pozorom) związku z zabalowaniem po sylwestrze. Tak się czasem dzieje, że trzeba się zatrzymać, przemyśleć niektóre rzeczy... Nie no. Żartuję. Po prostu mi się nie chciało.
PPPS. Zdjęcie paczadła od Kichania z "Rudego aparatu". (Z miejsca pozdrawiam czy coś) Piszę tak na wszelki wypadek, żebyście nie pomyśleli, że to moje (jeszcze się okaże, że naćpane i mnie ktoś pozwie)
PPPPS. Morał jak zwykle: śpijcie w skarpetach ile chcecie, pijcie herbaty ile chcecie i przytulajcie termofor jak długo chcecie, ale póki nie spróbujecie się uśmiechnąć chociaż jeden raz do tego wrednego kierowcy autobusu, nic się nie zmieni.
 
 
 
 

niedziela, 11 grudnia 2016

O życzeniach okazjonalnych i nie tylko

Czasami miło usłyszeć "Dzięki, że pamiętałeś",
lecz zanim takowe usłyszysz spisz sobie lepiej testament.
Szybciej za to uświadczysz lekceważące machnięcie ręką
"Taa jasne..." - mruknięcie ciche -"spełni się to nieprędko..."
To ty jak głupi po nocach siliłeś swą mózgownicę
w nadziei, że wzruszeń szlochy rozbudzą tą okolicę.
A tu prócz "Spoko dziękuję" możesz się sam pocałować.
Łza ani uśmiech cię nie uświadczy. Możesz już tylko żałować...


***

Życzenia okazjonalne mają to do siebie, że zawsze brzmią tak samo. Już niedługo sezon na "Zdrowia, szczęścia, fajnego chłopaka i eeee jeszcze raz zdrowia" będzie można uznać za otwarty. Podobnie jest zresztą nie tylko przy okazji dzielenia się opłatkiem, ale też urodzinach. imieninach, rocznicach, sami wybierzcie sobie termin. I człowiek stoi jak te grabie w gnoju i się uśmiecha głupkowato jak mu sto lat śpiewają. Rodzina, która normalnie o tobie nie pamięta, nagle okazuje się zaskakująco liczna (anuż będziesz kiedyś bogaty), a grono znajomych poszerza się o sto procent. "Dziękuję", "dziękuję", "dziękuję", "dzię... a kim ty w ogóle jesteś?".
Jest też druga strona tego całego zamieszania.  Strona, która kombinuje jak zrobić nietandetny prezent zamykający się w dwudziestu złotych i jakie to życzenia napisać, żeby przykryły niepraktyczność kolejnego kubka z nieżyciowym cytatem i krzywym rysunkiem (No ale przecież jest taki uroczyy...)
Być może trudno się dziwić, że w takim układzie i podziękowania nie są zbyt wylewne, ale spróbujmy zrozumieć. Akceptacja moi drodzy, akceptacja. Po odpisywaniu na czterdziesty sms "sto lat" od nieznanego numeru, człowiek ma prawo być trochę zniesmaczonym ilością minionych wiosen. Zwłaszcza, gdy wcale urodzin nie świętuje. Po prostu podał randomową datę na facebooku...

PS. Apel: Bądźcież ludzie wyrozumiali! A przy kolejnym składaniu życzeń zastanówcie się, czy na pewno chcecie, żeby się spełniły. Bo z nimi to trochę jak z marzeniami. Spełniają się, tylko nie tak i nie wtedy, jak byśmy tego chcieli.
PS2. Uprzejmie informuję, że to wiadro, do którego się zbierałam okazało się dziurawe. Piasek z worka, resztki chęci z wiadra czy jak to leciało dalej... Tak czy inaczej trzy czwarte były, już nie ma, przed skrzyżowaniem zawróciłam i z powrotem do tego wiadra zbieram. Tym razem uszczelnionego. O postępach będę informować na bieżąco.

niedziela, 20 listopada 2016

O lisach i baobabach

"Oni są właśnie tacy. Nie można od nich za dużo wymagać. Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych." ~ Mały Książę , A. de Saint-Exupery
 
 

Oni są właśnie tacy. Jacy? Wiecznie zapracowani? Zawsze w biegu, ciągłym krzyku i maniakalnym podejściu do formalności. Zirytowany swoim zmęczeniem i zmęczeni swoją irytacją. Kręcą się w kółko wokół teoretycznie ważnych spraw, ale zamiast psa szykującego się do legowiska oni przypominają raczej robaki w rozkładającym się ciele. Nie ma w nich ciepła psiej sierści, tylko zimno i skrzypienie małych muszek nóżek brudnych od smutku dnia wczorajszego i ze złością za paznokciami po ciężkiej pracy. Wkraczają do domu, a wraz z nimi fetor zatraconych dziecięcych marzeń i atmosfera nerwowego pośpiechu.
Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych. Muszą znosić ich humory, zdenerwowanie i ciągłe wyrzuty, że one znów zrobiły coś nie tak, że mogły lepiej, że nie skupiają się na rzeczach ważnych, że nie są idealne, że nie są takie, jakie dorośli chcieliby, żeby były. Że są tylko ludźmi i mają prawo do pomyłek, ale nie przy cioci Jadzi. Że nie spełniają chorych ambicji swoich opiekunów i nie są w stanie zaspokoić pragnienie rodziców o znanym nazwisku i poczuciu dumy ze swojego potomstwa. Że nie są takimi, jakimi dorośli chcieliby być, gdyby byli w stanie cofnąć czas. Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych. Kiedyś też takie będą. Nie mają innego wyboru.
 
***
 
Nigdy nie lubiłam tej książki, ale dopiero niedawno zrozumiałam dlaczego. (I nie chodzi tu tylko o to, że mi jako dziecku lis nie kojarzył się z uosobieniem przyjaciela, tylko obsikanymi jagodami.) Kiedyś nie lubiłam jej dlatego, że Mały Książe umarł. Teraz nie lubię jej dlatego, że wrócił na swoją planetę B-dwametrykwadratowe, żeby zajmować się różą, która go tylko krytykowała. Pomiatała, narzekała, marudziła. Że zostawił na ziemi lisa - swojego jedynego przyjaciela, dla którego był wszystkim w imię melancholijnego kwiata. Że będzie ją podlewać, zasłaniać kloszem, zabijać gąsienice i straci dla niej całe życie. Że to jedyna kobieta w całej książce i jest ukazana jako najbardziej egoistyczne i zadufane w sobie stworzenie na świecie. Że nie mógł zastąpić róży narcyzem, bo byłoby niepoprawnie politycznie, ani nie poświęcił ani odrobiny uwagi innym kwiatkom. Zarówno na planecie B-612, jak i Ziemi. Że kwiaty polne nie dostały roli pierwszoplanowej, o baobabach nie wspominając. No haaaloooo wyciął je z korzeniami! Jawna dyskryminacja! Ta książka nie jest o przyjaźni czy miłości... Ta książka jest o  OGRODNICTWIE... Całe życie w błędzie... I jak tu ją lubić?
PS. Mówiłam, że się zbieram!
PS2. Z osobistej strony: ludzie! Hodujcie bratki i paprotki! (Kaktusy też są spoczko)

sobota, 12 listopada 2016

O zbieraniu się w sobie i górskich wycieczkach

Nie ogarniam
 cholera nie ogarniam
 Sens i rozum
 już dawno trafił szlag
Pojedźmy wreszcie w te Bieszczady
 przez jakiś turystyczny szlak
Nie ogarniam
cholera nie ogarniam
Dzień i noc ma jakieś dziwne cykle
Walić to! Spakójmy już walizki
Pojedziemy w Tatry motocyklem
Nie ogarniam
cholera nie ogarniam
Czego dotknę, od razu wszystko psuję
i gdy pytają mnie o historyczne daty
za grosz nie rozumiem
Nie ogarniam
cholera nie ogarniam
Bardzo bym chciała, lecz jakoś nie mogę wyrzućmy wreszcie wszystkie uprzedzenie Pojedźmy w Karpaty samochodem

***
- Puk puk
- Kto tam?
- To ja
- Kryzys wieku średniego?
- Gorzej <szyderczy śmiech> Kryzys wieku młodzieńczego
- Jest w ogóle coś takiego?
- To może zspytaj się swoich hormonów?!


Tak wyglądała sytuacja przez ostatnie... trzy lata. Ja już zadowolona, że temu etapowi mogę pomachać husteczką na pożegnanie, a tutaj się okazuje, że ktoś pomylił pociągi i zawraca na peron. I na co komu takie umysłowe firfum dyrdum? Lekka zmiana podejścia i już byłoby mniej samobójstw a tak o, proszę bardzo.  Pociąg zawraca. Nic, tylko się na torach położyć. Albo uciec do innego pociągu. Jedynego słusznego. Pociągu kierunek Bieszczady.  Ktoś chętny na wycieczkę?
PS.Postaram się wrócić do reguralności. Zbieram się w sobie. Naprawdę. Jest szansa że do świąt będzie mnie jakieś dwa wiadra i koszyk... Resztę siebie pozbieram kiedy indziej

sobota, 15 października 2016

O wykształceniu jak to szumnie zwą, czyli list do nauczycieli

   Drodzy Nauczyciele,
my naprawdę rozumiemy Waszą, Drodzy Nauczyciele, niechęć do zrozumienia niektórych rzeczy. To jest całkowicie naturalne, że człowiek wypiera niektóre z nich. Może to nieprawdopodobne, Drodzy Nauczyciele, ale nam też się zdarza czasem nie wierzyć.
   Na przykład w to, że dla kogoś życiem są nie tylko całki i zadania z dwoma niewiadomymi. Że są ludzie, którzy nie poświęcają każdej wolnej sekundy swojego życia na studiowanie budowy komórek i rozkładania zdań na czynniki pierwsze. Że nie wszyscy interesują się tylko i wyłącznie życiorysami  władców Polski i nie wszyscy maniakalnie obliczają pęd pociągu relacji Wrocław-Warszawa. Naprawdę. Nam też na początku było ciężko w to uwierzyć. Ale się da. Nie twierdzimy, że to droga łatwa, ale nie nie do przejścia. Ma oczywiście wiele etapów.
Na początku trzeba sobie uświadomić, że choć to może nieprawdopodobne, nie wszyscy mają takie same zainteresowania i że nie zawsze są związane ze studiowaniem szczegółowych map Zanzibaru. Gdy ten etap mamy już za sobą przychodzimy do kolejnego. Bierzemy głęboki wdech i pozwalamy urodzić się myśli w naszej głowie, że te stosunkowo bezmózgie stworzenia przychodzące do nas na lekcje też może mają własne nienarzucone myśli i światopogląd, który nie został żywcem wyjęty z głowy ich rodziców.
Ostatni- najtrudniejszy etap polega na przyjęciu do świadomości, że być może te istoty zwane pochopnie młodymi ludźmi mają zajęcia po szkole. I że naprawdę nie będą wpatrywać się w sufit w letargu leżąc na podłodze jeśli nie zapewnimy im czasu na cały popołudnie zadając 14 kart z zadań  A4.
Gdy wszystkie te punkty skrupulatnie wypełnimy istnieje szansa, że Wasza, Drodzy Nauczyciele, świadomość może przyjmie hipotezę, że uczniowie mogą ewentualnie mieć swoje życie. Takie tyci-tyci rzecz jasna. Ale jednak. To niestety wymaga wiele lat pracy, samozaparcia i terapii grupowych.
     My rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że możecie mieć gorsze dni. Rozumiemy, Drogie Nauczycielki, że menopauza to nie taka lekka sprawa. Nie dziwimy się więc, Drugie Nauczycielki, które jesteście bądź co bądź kobietami, że wchodzicie do sali trzaskając drzwiami. Też jesteście ludźmi i też macie prawo mieć własne problemy. Jesteśmy wyrozumiali, Drogie Nauczycielki, i rozumiemy, że po kłótni z mężem, zgubieniu kluczy i zbiciu swojego ulubionego kubka do kawy bardzo ciężko się nie wyżyć na przypadkowych osobach. Doskonale rozumiemy, że najlepiej się pyta przy tablicy zwijającą się z bólu dziewczynę z ostatniej ławki, której ból jest spowodowany czymś zupełnie odwrotnym do Waszej, Drogie Nauczycielki, przypadłości, i przyszła do tej szkoły tylko ze względu na sprawdzian z historii ,którego nie wiedzieć czemu nie można pisać w innym terminie. Zdajemy sobie sprawę, że nic nie poprawia humoru lepiej niż tabliczka gorzkiej czekolady i dręczenie uczniów, bo przecież miałam przejść na dietę. My się naprawdę nie dziwimy. Wszakże czy może być coś piękniejszego od zrujnowania dnia takiej liczbie osób tylko jednym zdaniem? Czy może być coś wspanialszego niż brutalnie zawistny błysk w oku, gdy uczniowie niczym pobity owce robią wszystko co im każesz? My też jesteśmy ludźmi i całkowicie rozumiemy Waszą, Drogie Nauczycielki, chęć pokazania, że jesteście ponad tymi ograniczonymi stworzeniami siedzącymi w ławkach. Rozumiemy, że czerpiecie przyjemność z patrzenia w upodlane oczy wyrażające całkowitą usłużność i nieme błaganie. I całkowicie rozumiemy drogie, że nie jesteście w stanie powstrzymać się od podyktowana kolejnych zadań.
   Rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że nie jesteście świętymi. Zdajemy sobie z tego sprawę, bo my też lubimy ciskać kamieniami. Rozumiemy idealnie, Drodzy Nauczyciele, Waszą chęć pokazania kto tu rządzi. To całkowicie normalne, że nie chcecie dopuścić do siebie myśli, że Wasze czasy odchodzą. Całkowicie to rozumiemy. Naprawdę. My też tacy będziemy. Rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że potępiacie naszą kpinę z Waszych zasad, przekonań i nie zgadzacie się na pochopne nazwanie przez nas najważniejszych wartości waszego życia przestarzałymi. I rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że nie zniżycie się do poziomu, żeby nam o tym powiedzieć. Rozumiemy, że milczenie i pełne pogardy spojrzenie jest zdecydowanie lepszym środkiem przekazu. A jeszcze lepszym karna kartkówka, bo ten chłopak w czwartej ławce za głośno oddycha. Rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że lubicie się nad nami znęcać. Lubicie pytać nas, wytykać palcami, wypominać błędy, poprawiać, krzyczeć na nas, rzucać żartami poniżej i naszej i waszej godności. Że chcecie pokazać nam życie. Życie w całej swojej brutalności i dlatego już teraz musimy mierzyć się z wami i nie tylko. Wiemy, że macie sobie za złe, że nie wykorzystaliście swojej własnej szansy życiowej i teraz mścicie się na nas mając nadzieję, że my też nie wykorzystany swojej, tracąc zapał już przy wykształceniu podstawowym.
Weźcie tylko pod uwagę, Drodzy Nauczyciele, że my też kiedyś będziemy dorośli. Że to my będziemy tworzyć przyszły świat i że to od nas zależy czy się dogadamy, urządzimy i nam, i wam piekło na Ziemi. I zastanówcie się, Drodzy Nauczyciele, czy naprawdę chcecie żebyśmy wyrośli na takich jak Wy.
  Z wyrazami szacunku i nieskończonego uznania - Wasi uczniowie

piątek, 16 września 2016

O zawsze tych samych przemyśleniach początku roku

Czuję się jak wróg,
jak niegodny przeciwnik.
Gdy przekroczę próg
zwalę na siebie znów
te spojrzenie co przekraczają licznik,
choć osądzać mnie może tylko Bóg.

Znowu klasa
i znowu cała szkoła.
Liczy się kasa,
a potem sama wiesz.
Skoro cię wziąć zdążyli za matoła
życie kozła ofiarnego trzeba znieść.

ref.:Nie chcę żyć w społeczności szkolnej,
gdzie każdy każdemu jest wróg
Nie chcę żyć w rzeczywistości podłej,
gdy chamstwo i rozpacz zwala z nóg

Kiedy siedzisz
ławkę masz przed oczyma
i plecy brata,
co jest tu razem z tobą.
Lecz nie zmylą cię takie piękne słowa; będziesz lepszy- zahaczy cię nogą

Gdy dasz zeszyt
 na zadane ci pytanie
Jak głupia owca z pochylonym czołem
Gdy w służebności swej zasłabniesz
dorwą i nazwą jeszcze kujonem.

ref.:Nie chcę żyć w społeczności szkolnej
gdzie każdy każdemu jest wróg
Nie chcę żyć w rzeczywistości podłej
gdy chamstwo i rozpacz zwala z nóg

Napisać sprawdzian,
a potem też maturę
i znów do muru przygwożdżą cię;
pisz albo nie pisz;
jak piszesz jesteś dureń,
a jeśli nie, to jeszcze gorsza rzecz.

ref.: Nie chcę żyć w społeczności szkolnej, gdzie każdy każdemu jest wróg
Nie chcę żyć w rzeczywistości podłej
gdy chamstwo i rozpaczy zwala z nóg. ×2


***

Rok zaczął się spokojnie. Bagatela dwa zaległe sprawdziany i parę kart A4 zadań. Luz jednym słowem i sielanka. I koledzy w klasie mili. Już jak przywalą lewym sierpowym to prawie w ogóle nie czuć. A po miesiącu ciemnienia i sinienia na zmianę już nawet rany nie widać. Rany kłute też jakoś szybciej schodzą. Jak się nawet człowiek wywali od podstawionej nogi to podłoga tak przyjemnie otula zimnem i przytulnym kurzem z okruszkami bliżej nieokreślonych substancji.
Zawsze czuję dziwną rozpacz i wewnętrzne rozdarcie przy przekraczaniu wycieraczki za drzwiami. Mijam sekretariat i toalety. I idę. Idę idę idę. I chciałabym tak iść w nieskończoność, ale wszystko musi mieć koniec. Nawet szkolne schody. Witaj klaso. Witaj klaso. Witaj.

piątek, 2 września 2016

O powiązaniach między autami, a ich kierowcami, czyli marzenia zdającej prawo jazdy

Bardzo bym chciała kupić sobie Skodę.
Bardzo bym chciała kupić taki wrak,
bo Skoda jest przecież dobrym samochodem,
kupić i poczuć klimat dawnych lat.
Bardzo bym chciała kupić sobie Skodę,
a przed jej kupnem zjeść sobie schabowe. Wyruszając w świat złapałabym na stopa
co stoi na poboczu przystojnego chłopa.

Bardzo bym chciała kupić sobie Fiata najlepiej z gratisem w postaci chwata.
Gdy Fiat by się zepsuł on z chęcią naprawi,
a jego uśmiech niejedną zbawi.
Jaki wspaniały byłby chwat i Fiat pojechalibyśmy w daleki świat.

Bardzo bym chciała kupić sobie Alfę
Romeę z Romeem ze startem nie żartem. Zajechałby skuterem pod balkonowe okno, a ja mu powiem "Wsiadaj", bo szyby wciąż mokną.
Z szumem deszczu do chóru pracowałby silnik,
a gdybyśmy utknęli on taki jest silny,
że wypchnie z kałuży Alfę Romeę
i znów zostanie moim bohaterem.

Bardzo bym chciała kupić sobie Merca
paroletniego na nowy mnie nie stać
i mechanika co z pełnego serca zatankowałem do pełna bak.
Bardzo bym chciała kupić Mercedesa gładkiego jak muszla nowego sedesa.
Blachaży by ściągał z całego osiedla,
a ja za kółkiem jak jakaś królewna.

Bardzo bym chciała znaleźć sobie chłopa,
coby po latach nie wyszedł na jełopa. Mógłby szpanować na osiedlu hulajnogą mniej z nią problemów niż z nową Skodą. Mógłby pokonywać przeszkody rowerem nie każdy musi jeździć Land roverem...

***

Pierwotnie była to piosenka. Ale że nie wróżę sobie kariery wokalistki pomysł z piosenką uległ przedawnieniu. Wątpliwy rytm pozostał.
To oto dzieuo może zostać uznane za wszystko cokolwiek chcecie. Czy to manifest kobiety niezależnej, apel blachary, przyszłe plany zdającej prawo jazdy czy po prostu wierszyk o niczym.

piątek, 26 sierpnia 2016

O embrionach, zygotach i innych takich

Ja tam nie wiem, jak wam, ale mi zawsze wciskano, że magiczne słowa to "proszę", "przepraszam" i "dziękuję". Trochę lat żyłam w błędzie, ale wreszcie przejrzałam na oczy. Magiczne słowo brzmi "aborcja".
Myślę, że niczym niezwykłym nie jest pobyt u babci. Ja tam je bardzo lubię. Wszystko jak zwykle. Ta sama kuchnia z tym samym zapachem gazu z kuchenki i ta sama skrzypiąca podłoga i takie samo niedzielne śniadanie. I takie same bułki. I taki sam akompaniament mszy z radia. Smacznego. I ten zachrypnięty bas księdza i wierni nietrafiający w rytm pieśni. I nagle kazanie o aborcji. Mniam, mniam.
Wyobraźcie sobie piknik. Cała łąka jak okiem sięgnąć wypełniona jest po brzegi szczęśliwymi ludźmi. Z jednej strony weseli sportowcy grający w siatkówkę, z drugiej feministki dyskutujące zawzięcie z hipisami o polityce, tu ksiądz śpiewa z młodzieżą grając na gitarze, tam szataniści grają w kalambury, gdzie indziej punkowiec ucina pogawędkę ze skinhedką, spokój jednym słowem i sielanka. Słoneczne popołudnie jakiegoś słonecznego dnia. I nagle tą sielankę przerywa pewien człowiek. Staje na środku polany i zaczyna wrzeszczeć: "ABORCJA ".
I szczęście pryska.
Ksiądz zaczyna tłuc katechizmem po głowie z okrzykami wojennymi na ustach przypadkowych ludzi. Na kontratak przychodzi feministka z podpalonym biustonoszem. Na to grupa moherowych bab zaczyna wyzywać szatanistów, a ci nie pozostają dłużni, rzucając wymyślonymi na poczekaniu zaklęciami. Do tego przyłaczają się gracze lol'a i minecraft'a, a gracze cs'a czując się pominięci wszczynają bójkę w innej części łąki. Egzorcysta atakuje krucyfiksem emo, a ci nie wiedząc o co chodzi atakują kolejne osoby żyletkami, z których akurat zrobili inny użytek niż golenie. Babcia toaletowa krzyczy do uciekającego mężczyzny: "Wracaj tu ty! Toaleta pięć złotych kosztuje! Co ty żeś tabliczki nie widział"? Ten natomiast biegnie nie odwracając się, ponieważ jest jedną z tych nielicznych ludzi, którzy całe zamieszanie mają w głębokim poważaniu i nie zamierzają się mieszać. Hipisi natomiast wreszcie obudzili się po drzemce i zaczęli zastanawiać, czy aby nie pomylili herbat. Reszta społeczeństwa popadła natomiast w ostrą gównoburzę i zaczęła obrzucać się podejrzanym błotem (jak na woodstocku) wraz z podejrzanymi wyzwiskami niekoniecznie oddającymi rzeczywistość.
Władza natomiast spojrzała na to z góry z lekkim roztargnieniem i machnęła ręką, licząc, że sami to załatwią.
Jeśli zaś chodzi o samego Boga, stwierdził, że skoro ludzie już zaczynają się w niego bawić, to On pchać się w to łajno nie będzie, bo i tak go nie posłuchają.
Podczas gdy na dole wojna na słowa i krzesła trwała w najlepsze, w głowach pojedynczych ludzi powoli rodziła się myśl: "O co my się w sumie kłócimy?..."


***


A teraz zamieńcie słowo "aborcja" na "związki homoseksualne", "imigranci" czy "weganizm" i zastanówcie się czy wasza gadanina cokolwiek zmienia. Nie? Tak? Więc proszę bardzo, mówcie dalej, tylko, na litość (czegokolwiek w co wierzycie) nie skaczcie sobie do gardeł. Albo i skaczcie. Resztę zrobi selekcja naturalna.

PS. Ajaaaaj i znowu tak poważnie nu nu nu. Wracaj do głupich wierszyków o Piotrkach i bezsensownych historyjek o driadach, bo cię z internetu wyrzucą.

PS2. Zachęcam do wspólnej zabawy! Zasady są bajecznie proste! Wymyślamy najbardziej drażniące hasło jakie przyjdzie nam do głowy, krzyczymy je w miejscu publicznym i zapisujemy reakcję! Opowieści prosimy wysyłać na dowolny adres, a my wymyślimy jak się z Państwem skontaktować.
Prosimy tylko dla ogólnie pojętego dobra publicznego nie krzyczeć "Allach Akbar" w zatłoczonym metrze.

Z mojej osobistej strony: wyrażajcie swoją opinię ile wlezie. Tylko niekoniecznie podrzynając komuś gardło. Szanujcie sprzątaczki, które potem będą musiały zmywać plamy krwi z podłogi. A one ciężko schodzą.


piątek, 19 sierpnia 2016

O hipsterach i warzywach

Piotrek było imię jego
A na drugie hipster miał.
Kiedy szedł do warzywnego
Każdy, gdy go widział mdlał.
Okulary miał hipsterskie
I hipsterski zarost dzierżył
Babcie straszył cichomiejskie
Dziadek znosić to nie zdzierżył.
"Zostaw babcie ty hultaju!"
- krzyknął wielce zatrapiony
"Kiedy one będą w raju
Na młodsze rozpoczniesz łowy?!"
Wielce zdumial się delikwent
Gdyż on babci nie podrywał
Chciał po prostu być uprzejmy
Pomóc przynieść jej warzywa.


***
I ja naprawdę, mimo najszczerszych chęci, nie potrafię powiedz o czym jest ten tekst. O hipsterze Piotrze. I tyle

piątek, 12 sierpnia 2016

O rutynie i podróżach bez bliżej (ani dalej) określonego celu

Wstaję znowu z rana
Głowa rozczochrana
Prawa noga, lewa noga; znowu niewyspana
Człapię więc w piżamie
Trzeba zjeść śniadanie
Kawa starczy, stygnie czajnik- nienajgorsze danie
Chodzę znów do kuchni,
Wszystkie moje smutki
topię w filiżance kawy; znowu dzień za krótki
Patrzę wciąż przez okno
Drzewa stale mokną
Świat spowalni aż do kiedy krople szybciej pomkną
Znowu nic nie robię
Znów się kurczę w sobie
Gdy myślę, że nie zostanie nic po mej osobie
A myślę bez skutku
Trochę pomalutku
Myśl dociera: czas uciekać i nie po cichutku
Wyrwać się z rutyny
Jak starczy benzyny
Pojedziemy pęd pociągu zmierzwi nam czupryny
Gdy tam dojedziemy
Tylko to co chcemy
Ziści się, choć pewnie znów się zawiedziemy


***

Bardziej niż na sensie zależało mi na rytmie, a w końcowym efekcie tekst nie ma ani tego, ani tego. Są za to wspaniałe rymy typu "siano-kolano" i "stadnina-konina". I tak, tak, wiem, że benzyna ma się nijak do pociągu, ale ciiii...
Deszcz oczywiście musiał zaistnieć choć w jednym wersie. Co ciekawe na ulice wypełzło słońce. Wychyliło niepewnie łepek z cienia i mruknęło: "Sierpień. Cholercia, znowu zaspałem". Może i spóźnione, ale ciepło powitane (Ciepło. Łapiecie?)  odważniej wypięło pierś, wprowadzając w konsternację wszystkich, którzy już zaczęli żyć myślą jesienną. Bo trzeba zaznaczyć, że myśl jesienna jest całkowicie inna od myśli letniej. Ale nie wiem niestety czym dokładnie się różni. Czymś na pewno. Może ilością liści (nie tylko palmowych) w umyśle. I we włosach.
 Co do samych podróży, to wakacje mają się ku końcowi (no musiałam nooo) i nostalgia chwyta za serce. Że by się jeszcze coś zwiedziło, gdzieś pojechało, coś zobaczyło. A tu trza panie do chleba codziennego wrócić. I nawet jak się wstaje w wakacje o tej 6:40, to nie ta sama 6:40 co w ciągu roku. Ta jest taka jakaś... dłuższa.
PS. Ostrzeżenie jak zwykle piękne, niczym moralitet: nie wystawiajcie głów przez okna pociągów, bo, po pierwsze, nie jesteście psami, a ,po drugie, to wygląda idiotycznie. Aaa no i będziecie chorzy, ale że zaraz zaczyna się szkoła, to brzmi to prawie jak zachęta.






piątek, 5 sierpnia 2016

O ludzkiej zawziętości w utrudnianiu życia i sobie, i innym

Jak to zwykle bywa w życiu nigdy nie jest się pierwszym.
 I ja także pierwsza nie byłam
bieżąc za masą tłumu.
Przede mną zasię bieżyła
Kobita postury muru.
Ona wzrokiem omiotła
Pochmurną tą okolicę
Zmierzyła też nieprzychylnie
dziewczynę o bladym licu
Powód był dość banalny
I oklepany poniekąd
Że przypuszczalnie nie miała
Więcej na wadze niż deko.
"To anoreksji skutki"- mruknęła posepnie babina
-"Kości na wierzchu ponętne
Są równie co wykładzina"
A dziewczę nic nie odrzekło
I tylko głowę spuściło
Choć zdecydowanie chętniej
Dietę by porzuciło.
Bo choć mawiają tłumy,
że piękna i seksowna
To ona się dziś czuje
Jak stara w zębie plomba.
"Anoreksja to zło!"- krzyczy społeczeństwo
I coraz bardziej im
udziela się szaleństwo.
Niechciana i gardzona,
Kiepskiej krytyce nie może się ostać
Choć przecież takie jak ona
Modelkami chcą zostać.
A kobieta-mur plecami się odwróciła
"Nie chce jeść, to niech zdycha"
rzuciła nad odchodnego.
A dziewczę się załamało:
"Nie wyjdę nigdy z tego..."

Ale jeśli ja się wypowiadam o anoreksji, to tak jakby anorektyczka wypowiadała się o otyłości, ginekolog o psychologii, życiowy nieudacznik o samospełnieniu, a pani z pobocza autostrady o polityce i aktualnej sytuacji na świecie.
Ale halo halo! Kto mi zabroni?! Nikt! To ja teraz mam głos! Ja teraz przemawiam! Nikt inny nie ma prawa mówić w tym momencie, ani podważać MOJEJ ŚWIĘTEJ OPINII. A jeśli to robi to jest skończonym [Proszę tu wkleić wszystkie niecenzuralne słowa jakie się zna] i na niczym się nie zna! Bo ja się znam! O!
Zawsze się zastanawiam kto słucha takich ludzi. Na szczęście odpowiedź przychodzi błyskawicznie: WSZYSCY! :D Cóż to za wspaniała wiadomość! Otwórzmy szampana i podyskutujmy o sprawach o których nie mamy bladego (ani nawet opalonego) pojęcia! Juhuuu! A teraz obróbmy komuś zad, wypuśćmy kilka tysięcy nieistniejących plotek i namówmy innych, żeby też kogoś obszmacili! Bo przecież nie mamy nic lepszego do roboty niż ogólne szerzenie nienawiści! Nie mamy życia ani krztyny dobrej chęci, więc zróbmy komuś bubu, bo przecież czymś się cieszyć trzeba.
Nie prawdopodobne?
No oczywiście. Dyktatorzy zeskakiwali z nieba i przy pomocy uzi zmuszali parę milionów ludzi do posłuszeństwa. Nie. Ktoś kiedyś usłyszał gadkę takiego gościa i stwierdził: "Ej facet ma gadane. WYGLĄDA, że się zna na rzeczy". A jak ten facet zaczął kazać podrzynać gardła własnym psom i przerabiać ludzi na mydło było już za późno.
"Ojeej"- pomyślicie - "Nieładnie. Jaka skrajna sytuacja". No faktycznie, skrajna. Bo to przecież było taaak dawnooo i w ogóle nie mamy z tym styczności na co dzień. W ogóle. Bo wcale stylu myślenia nie kreują nam gwiazdeczki z wykształceniem podstawowym, które zaczęły robić karierę zanim nauczyły się poprawnie wymawiać "ś" i "ć". Wcale. Wcale nie dopuszczamy do głosu osób, które nic do powiedzenia mieć teoretycznie nie powinny. "Jak too?!" - krzykniecie - "Ona ma dwa fakultety!" Super. Szkoda, że z innych kierunków. "On jest bardzo inteligentny!" Tjaaaa. Szkoda, że nie powiedział jeszcze nic konkretnego. "On  bardzo dobrze myśli!" Szkoda, że na myśleniu się skończyło i to w zupełnie innym aspekcie.
  Gorzej, jak ktoś swoim nieznastwem robi krzywdę. Nie ma to jak komuś wciskać, że płacze, BO JA TU JESTEM PSYCHOLOGIEM i nieważne, że to pot, bo się spociłaś biegnąc. JA WIEM, że to łzy. Jesteś nieczuła, niewrażliwa i nie dopuszczam innej opcji i zapraszam na terapię grupową. Ja wiem jakie masz problemy, co ci dolega i tyle moja droga, koniec tematu, spotykamy się za tydzień.
  Wybierzcie mnie na prezydenta, a obniżę podatki, naprawię ulice, otworzę nowe szkoły i zrobię co tam chcecie, nawet zagram na akordeonie, bo w sumie tylko na tym się znam, ale mam gadane i ładny uśmiech, a podpisywać się przecież każdy głupi potrafi.
  Już za tydzień przedstawię wam nową dietę i w sumie to całą dietetykę stosowaną przespałam i nie mam pojęcia co robię, ale przecież jedząc jedną kromkę chleba schudniecie, więc co za problem. Poza tym mam świetną figurę (tylko przez metabolizm bo prywatnie to żrem jak świnia) i zdrowe zęby (co z tego, że sztuczne), więc możecie mi zaufać.
   Sama już nie wiem kto jest większym idiotą. Ci, którzy zabierają głos w sprawach o których nie mają pojęcia, czy ci, którzy im tego głosu udzielają...



***


Ajajajaj... Poważnie się zrobiło. Aż czuję się winna, że zaczęłam takim se wierszykiem. Wbrew pozorom napisałam go na samym końcu i przybrał taką formę, a nie inną tylko ze względu na fakt, że komu jak komu, ale anorektyczkom zaleźć za skórę nie chciałam. Inna sprawa, że obiecałam, że będę narzekać i cynicznie podchodzić do cudu stworzenia jakim jest (czy też miała być w pierwotnym założeniu) ludzkość, a ja tu o driadach popisuję, które (z tego co mi wiadomo) do cudów stworzenia się nie zaliczają. I takim o to sposobem poczułam się winna. Tym bardziej, że żadnego słowa pocieszenia w stylu "Nie martwcie się, będzie gorzej" pod ostatnim postem zmagań z nie-najadą nie zostawiłam. A obiecałam, że się poprawię. No i ta gramatyka... ajajaj do kwadratu. Naprawdę się staram ogarnąć łortografje i łinterpunkcje, ale to nie jest łatwe, zwłaszcza, że miewam sytuację, gdy potrzebuję dłuższej chwili, by rozkminić jak się pisze rzaba (czy tam żaba, jeden płaz).
Więc jak napotkacie jakieś błędy, to będę wdzięczna za uświadomienie mnie w nich:)
PS. Niestety nie wszystkie przykłady są do końca wyssane z palca. Pozdrawiam przyjaciółkę i jej opowieść o psycho-loszce wykrywającą depresję, tam gdzie jej nie ma (u której nigdy więcej się nie stawiła), oraz drugą znajomą, której początkujący dietetyk przepisał dietę, w której co drugi dzień miała mieć łososia na obiad (Ja się tam na tym kompletnie nie znam, ale wydaje mi się, że znaczenie "różnorodna dieta" nie oznacza żywienia się w 50 procentach jedną rybą. To swoją drogą nie łosoś jest uznawany za jedną z mniej zdrowych i nieźle zanieczyszczonych rodzai ryb?)
PPS. Na razie zostaję przy piątkach. Mam nadzieję, że nie winicie mnie za bardzo za brak wpisu w poniedziałek, ale zanim to dokończyłam, to było już po północy. A stwierdziłam, że skoro i tak data będzie wtorkowa, to już lepiej poczekam do piątku i przynajmniej tekst będzie bardziej dopracowany (lub też nie). Postaram się kolejnym tekstem tak nie przymulić. No chyba, że znowu poczuję przypływ irytacji. Ale to w takim razie Wasza wina, że mnie irytujecie...
PPS. Pozdrawiam i nalegam: sprawdzajcie dane, nie wierzcie na słowo, zadawajcie pytania. Bo ignorancją i przyjmowaniem wszystkiego bez żadnych przemyśleń szkodzicie tylko ... sobie.

piątek, 29 lipca 2016

O tym, czemu się nie wdawać w dyskusję z osobami, które mają więcej łusek niż dobrych chęci


Jakimś cudem driada nie zareagowała na ten komentarz. Zacisnęła zęby.
- Jak ostatni raz widziałam ludzi ten las nue miał jeszcze leśnika- stwierdziła lodowatym tonem
- A kiedy to było?-  Sandra spojrzała z nadzieją
- Nie wiem, ale pamiętam, że chcieli mnie wtedy spalić na stosie.
- Znam wielu takich, którzy by się z chęcią dołączyli - mruknęła Ada.
- To musiało być dawno...- Sandra jakby trochę pobladła
- Oj nie.. Nie sądzę... - driada przybrała zamyślony wyraz twarzy (czy raczej pyska) - W wodzie ciężko wyczuć upływ czasu
-Zwłaszcza w takiej brudnej- skrzywiła się Ada
- ...Ale z tego co mówią drzewa jakieś dwa tygodnie - dokończyła nimfa
  Po tej informacji zbledli wszyscy. Sandra oparła się o drzewo, bo jakoś wydało jej się , że ziemia się stała bardziej ruchliwa niż zwykle. Kamil zawisł na wędce z głośnym wydechem, a Ada bezsilnie klapnęła na trawę. Nawet Maciek, który do tej pory gapił się na driadę jak ciele w malowane wrota, teraz cofnął się dwa kroki. Było to wskazane, biorąc pod uwagę fakt, że prawie już stał w wodzie. Tylko Klaudia pozostała w swojej pozycji. Zadarła głowę i obserwowała konary drzew.
- Drzewa mają aby na pewno dobre poczucie czasu? Spytaj ich, który jest rok. Może wiedzą...
- Oh, tutaj nie ma żadnego konkretnego roku- odpowiedziała nie-najada wzruszając ramionami.- Te drzewa są wieczne. Były tu od zawsze. Tak jak ja. Ludzie mają bardzo dziwne pojęcie świata. A czasu? Wariactwo. Kolejny dowód na to, że jesteście szurnięci. Po co liczyć czas, kiedy nie macie go prawie w ogóle? Nie żyjecie zbyt długo. Zwłaszcza po trafieniu tutaj. Zwłaszcza po próbie spalenia mnie na stosie.
 Klaudia głośno przełknęła ślinę. Nie wiedziała, czym się żywią driady, ale obawiała się, że do konsumowania glonów kły nie stanowią obowiązkowego wyposażenia. Zaczynała nawet trochę współczuć tym biednym ludziom o ograniczonych umysłach, dla których najlepszą zabawą było wieszanie i palenie się nawzajem, a gdy wreszcie trafiają na coś, co może choć uchodzić za czarownicę (a przynajmniej wystarczająco nienawidzić ludzkości, żeby za nią uchodzić) zostają przerobieni na pokarm dla rybek. Nawet najwięksi przeciwnicy średniowiecza i fani stworzeń wodnych powinni uznać tą sytuację za średnio pocieszającą. Dla niej ona była niepocieszająca tym bardziej, że stała oko w oko z czymś, czego hobby bardziej od szydełkowania przypomina rozrywanie ciał śmiertelników. Co gorsza uważa ich za nie bardziej pożytecznych od much, chyba że są wystarczająco utyci. Wtedy nadają się jeszcze na obiad.

poniedziałek, 25 lipca 2016

O żywocie kolarzy i nie tylko



 Piękny cytat, prawda? Aż się łezka w oku kręci, ale jak dla mnie jest dość zbyt optymistyczny.
 Życie jest jak jazda na rowerze. W deszczu. Przy burzy z piorunami. O pierwszej nad ranem. I nie wystarczy poruszać się do przodu.
 Życie jest jak jazda na rowerze w deszczu po dziurawej typowo polskiej wiejsko-leśnej drodze pełnej kałuż. I o nie się właśnie rozchodzi. Nigdy nie wiesz, czy jest tak płytka, że wjedziesz w nią bez żadnych wyrzutów sumienia, zamaczając ledwo koła, czy wpakujesz się w półmetrowy rów i zagłębisz po pas w intelektualnym błotku wraz z rowerem, gdzie nawet błotniki nie pomogą.
 Masz rzecz jasna wiele opcji. To ty tu jesteś rowerzystą i ty podejmujesz decyzje. Możesz:
a) histerycznie starać się nie wpaść w zauważoną w ostatniej chwili dziurę
b) wyminąć szerokim, kulturalnym łukiem każde większe zagłębienie
c) ryzykować, wpadając w co większy rów z okrzykiem "Y.O.L.O !"
d) zatrzymywać się przed każdą kałużą, mierzyć ją i podawać dokładnej analizie jej skład (choć jest szansa, że zanim przyślą próbki z laboratorium, to zdąży wyschnąć)
e) sprzedać rower i kupić harleya mając w głębokim poważaniu wszystkie kałuże

 Ostatni podpunkt ma również inne plusy niż bezceromanialne rozchlapywanie na boki mułu i bliżej niezidentyfikowanych substancji, bo to potrafi byle quad. Jest nim między innymi widok mdlejących panien i mężatek przy każdym mijaniu i szczera zazdrość tych, których przy przejeżdżaniu przez ķałużę przez przypadek (że niby) obryzgałeś. Świetnie? No raczej. Trzeba tylko zwrócić uwagę, że przy ewentualnym wypadku na zakręcie życia kolarzowi grozi złamanie ręki, a harleyowcowi karku. Ale spokojnie, spokojnie. Nie traćmy głowy (dosłownie). Przecież nikt nikomu nie każe na pierwszym lepszym zakręcie wjeżdżać w drzewo, a gdy jest trochę pod górkę... cóż.... walenie głową w pobliski kamień na niewiele się zda.
 Możesz też oczywiście wyrzucić te wszystkie graty i kupić kabrioleta, ale wtedy raczej leśne czy uroczo polne dziurawe drogi przestaną cię dotyczyć. Możesz także sprzedać kabrioleta i przerzucić się na rower, by spłacić kredyt we frankach, ale to już poważny temat w przeciwieństwie do głupich przemyśleń podczas pedałowania w czasie deszczu.


***

Jakoś deszczowa pogoda się mnie trzyma. Może to dlatego, że jestem jedną z osób, która uważa zapach betonu po deszczu za najpiękniejszy na świecie. Lubię te puste ulice. Tylko jakaś zabłąkana para bez parasola, która utknęła pod większym drzewem czy niedzielny biegacz, który w sumie cieszy się z tego niezapowiedzianego prysznica, bo przynajmniej potu na nim nie widać. Puste ulice, przymknięte drzwi od sklepów i przydrożne kawiarenki pełne turystów naiwnie myślących, że zdąży przestać padać, nim wydadzą wszystkie oszczędności na kawy i herbaty. Czasem trafią się jacyś przezorni zawsze ubezpieczeni z kurtkami przeciwdeszczowymi, ale to tak rzadki widok, jak dobry kurs w kantorach.

PS. Kolejny post w piątek (o ile internet znowu się na mnie nie wypnie)
PS2. Z mojej osobistej strony: jak widzicie rowerzystów to nie zajmujcie całej ścieżki, zmuszając go do wjechania w największe błoto, DOBRZE?!

piątek, 22 lipca 2016

O deszczach niespokojnych

Podkrążone oczy?
W piżamie do czwartej
Tańczenie do nocy
To śmiechu jest warte
Jak życie ci mija
Ty w starych bamboszach
Pan w radio nawija
Na miasto w kaloszach
Bo pada, choć lato
Parasolka w ręce
Co poradzisz na to?
Uciekasz na prędce
Pod jakąś chałupę
Powiedział Bóg szach-mat
Masz już mokrą dupę
Sorry, taki klimat


***

Tak mniej więcej się czuję, gdy gniję w domu w czasie wakacji słuchając radia dla emerytów, a gdy wreszcie zwlokę swe zwłoki z łóżka i pójdę w świat (albo po prostu do ludzi na miasto żeby całkowicie nie zdziczeć) zaczyna padać. Mam wtedy przykre wrażenie, że Stwórca nawet nie próbuje powstrzymać chichotu. Mam nadzieję, że to chichot, a nie szyderczy śmiech.
PS. Sorry taki klimat. Czy w klimat też się wlicza występowanie wi-fi? Jeśli nie, to i tak sorry. To tylko jeden dzień spóźnienia...
PS2. Sprzedam opla. Kupię kalosze.

poniedziałek, 18 lipca 2016

O łowieniu w miejscach niedozwolonych

Jednorodna tafla jeziora nagle zafalowała. Z wody najpierw wynurzyła się głowa, potem tułów, a na końcu cała reszta. Jakiś metr od nich zanurzona po kostki w wodzie stała kobieta. Miała bladą skórę, czarne, gęste włosy opadające falami do bioder i ostre, prawie męskie rysy twarzy. Ciemne, w kolorze toni wodnej oczy patrzyły bystro na ludzi przed nią, co Klaudii niebezpiecznie skojarzyło się z obserwowaniem ofiary przez dziką zwierzynę. Kobieta była niezaprzeczalnie piękna nawet mimo łusek wystających tu i ówdzie ze skóry i małych płetw w okolicy nadgarstków i kostek. Była tak kobieca, że człowiek mógł nawet pominąć skrzela na szyi i lekko zielonkawy odcień skóry. I śmierdziała glonami.
 Jakby instynktownie cała piątka cofnęła się.
- Tutaj się nie łowi- powiedziała ociekająca wodą istota z pewnym rozdrażnieniem wyjmując haczyk zaplątany we włosy. Jej głos był niski i miękki. Można by go nawet uznać za zmysłowy, gdyby nie pogłos na końcu każdego słowa nieprzyjemnie kojarzący się z piskiem delfina uwięzionego w sieci.
- Syrena?- cicho mruknął do przyjaciół Kamil, ostrożnie zwijając wędkę.
- No co ty deklu!- Ada popukała się w czoło- Syreny mają ogon! Ta tutaj to..
- Jestem driadą - istota wyglądała, jakby była z tego dumna.
- A nie najadą..? - cicho zwróciła uwagę Sandra powodując nagłe poczerwienienie istoty
- Jestem driadą, okej?! - zaczęła krzyczeć, plując naokoło glonowatą wodą i ukazując rybie zęby. - Czemu ludzie mnie zawsze klasyfikują swoimi bajkami?! Chyba wiem czym jestem!!! Wy ludzie lubicie myśleć, że się na wszystkim znacie, atak naprawdę... - dalsze słowa zamieniły się w pisk. Driada z każdym słowem jakby zwiększała częstotliwość dźwięku, aż po chwili jej głos przestał być typowym alarmem przy wyjściu w sieciówkach, a zaczął nikomu nie znanym systemem echolokacji.
- Taak...  Z pewnością nie jesteś syreną - powoli stwierdziła Ada gdy cała piątka odetkała sobie uszy, a nie-najada powracała do swojego dawnego koloru. - One mają ładny głos. I potrafią śpiewać. - W tym momencie Ada nie zdawała sobie sprawy z wielu rzeczy, ale jedną wiedziała aż za dobrze: usłyszenie śpiewu tej driady kim czy czymkolwiek by nie była, było ostatnią rzeczą na jaką miała ochotę.
 Ta jednak najwyraźniej nie miała zamiaru śpiewać. Wyprostowała się, a z jej gardła wydostał się szyderczy śmiech
- Syreny - prychnęła - Nigdy nie zrozumiem, czemu ludzie tak ślepo się nimi zachwycają. Wy myślicie, że mają piękny głos, ale ich śpiew jest bezmyślny jak cykanie świerszcza. Praktycznie niczym się nie różnią od ryb głębinowych- to ten sam gatunek. U nich za światełko robi śpiew, za małe rybki- marynarze. To w sumie świetne podsumowanie całej ludzkości: Uważają się za panów świata, a zostają przechytrzeni przez istotę o mózgu wielkości komara.
- Tylko faceci - mruknęła Ada
- Tak dobrze znasz niby ludzkość? - Sandra skrzyżowała ramiona na piersi.
- Oczywiście- driada uśmiechnęła się w złośliwym uśmiechu odsłaniając brudne kły piranii (a może  zwykłego sandacza) - Nie jesteście pierwszymi, którzy próbowali tu łowić
- Oni pewnie też nic nie złowili - Kamil ponuro spojrzał na swoją prowizoryczną wędkę.
- W tym stawie w ogóle jest mało ryb - stwierdziła Klaudia zerkając w toń wody- O ile w ogóle są. Musisz to zarybić bo ci ekosystem padnie. Poproś jakiegoś leśnika czy kogoś- zerknęła na nie-najadę - Nagiej kobiecie o zębach pirani się nie odmawia
 Klaudia dość szybko przekonała się, że nie tylko się nie odmawia, ale też nie wypomina rybiego uzębienia. Zwłaszcza, gdy ów kobieta wie, jak się takowym posługiwać.




***

Byłam właśnie zajęta nicnierobieniem, gdy mój wzrok powędrował na półkę w pokoju. Patrzę na regał- Parandowski, zerkam na nocny stolik- Sapkowski, wodzę wzrokiem po zakurzonej półce- Pratchett. I stwierdzam: tak tego zostawić nie można. Biorę się w sobie, zmuszam do pracy leniwie lewitujące w wolnej przestrzeni resztki rozumu i piszę. Czytam i się załamuję. Przepisuję na komputer. Nie wszystko, bo mam wrażenie, że zaraz mi palce od stukania w klawiaturę odpadną. Czekam. I jak sądzę trochę mi to zajmie.
PS. To nie jest całość, no ale mówię (znaczy piszę), że nie wiem jak się przyjmie i czy w ogóle. Druga część EWENTUALNIE za tydzień. Chyba, że się wcześniej załamię i zmienię pomysł i zamiar całkowicie.
PPS. W czwartek post normalnie, chyba że nie.
 Z mojej osobistej strony: uważajcie, gdzie łowicie.