piątek, 12 sierpnia 2016

O rutynie i podróżach bez bliżej (ani dalej) określonego celu

Wstaję znowu z rana
Głowa rozczochrana
Prawa noga, lewa noga; znowu niewyspana
Człapię więc w piżamie
Trzeba zjeść śniadanie
Kawa starczy, stygnie czajnik- nienajgorsze danie
Chodzę znów do kuchni,
Wszystkie moje smutki
topię w filiżance kawy; znowu dzień za krótki
Patrzę wciąż przez okno
Drzewa stale mokną
Świat spowalni aż do kiedy krople szybciej pomkną
Znowu nic nie robię
Znów się kurczę w sobie
Gdy myślę, że nie zostanie nic po mej osobie
A myślę bez skutku
Trochę pomalutku
Myśl dociera: czas uciekać i nie po cichutku
Wyrwać się z rutyny
Jak starczy benzyny
Pojedziemy pęd pociągu zmierzwi nam czupryny
Gdy tam dojedziemy
Tylko to co chcemy
Ziści się, choć pewnie znów się zawiedziemy


***

Bardziej niż na sensie zależało mi na rytmie, a w końcowym efekcie tekst nie ma ani tego, ani tego. Są za to wspaniałe rymy typu "siano-kolano" i "stadnina-konina". I tak, tak, wiem, że benzyna ma się nijak do pociągu, ale ciiii...
Deszcz oczywiście musiał zaistnieć choć w jednym wersie. Co ciekawe na ulice wypełzło słońce. Wychyliło niepewnie łepek z cienia i mruknęło: "Sierpień. Cholercia, znowu zaspałem". Może i spóźnione, ale ciepło powitane (Ciepło. Łapiecie?)  odważniej wypięło pierś, wprowadzając w konsternację wszystkich, którzy już zaczęli żyć myślą jesienną. Bo trzeba zaznaczyć, że myśl jesienna jest całkowicie inna od myśli letniej. Ale nie wiem niestety czym dokładnie się różni. Czymś na pewno. Może ilością liści (nie tylko palmowych) w umyśle. I we włosach.
 Co do samych podróży, to wakacje mają się ku końcowi (no musiałam nooo) i nostalgia chwyta za serce. Że by się jeszcze coś zwiedziło, gdzieś pojechało, coś zobaczyło. A tu trza panie do chleba codziennego wrócić. I nawet jak się wstaje w wakacje o tej 6:40, to nie ta sama 6:40 co w ciągu roku. Ta jest taka jakaś... dłuższa.
PS. Ostrzeżenie jak zwykle piękne, niczym moralitet: nie wystawiajcie głów przez okna pociągów, bo, po pierwsze, nie jesteście psami, a ,po drugie, to wygląda idiotycznie. Aaa no i będziecie chorzy, ale że zaraz zaczyna się szkoła, to brzmi to prawie jak zachęta.






piątek, 5 sierpnia 2016

O ludzkiej zawziętości w utrudnianiu życia i sobie, i innym

Jak to zwykle bywa w życiu nigdy nie jest się pierwszym.
 I ja także pierwsza nie byłam
bieżąc za masą tłumu.
Przede mną zasię bieżyła
Kobita postury muru.
Ona wzrokiem omiotła
Pochmurną tą okolicę
Zmierzyła też nieprzychylnie
dziewczynę o bladym licu
Powód był dość banalny
I oklepany poniekąd
Że przypuszczalnie nie miała
Więcej na wadze niż deko.
"To anoreksji skutki"- mruknęła posepnie babina
-"Kości na wierzchu ponętne
Są równie co wykładzina"
A dziewczę nic nie odrzekło
I tylko głowę spuściło
Choć zdecydowanie chętniej
Dietę by porzuciło.
Bo choć mawiają tłumy,
że piękna i seksowna
To ona się dziś czuje
Jak stara w zębie plomba.
"Anoreksja to zło!"- krzyczy społeczeństwo
I coraz bardziej im
udziela się szaleństwo.
Niechciana i gardzona,
Kiepskiej krytyce nie może się ostać
Choć przecież takie jak ona
Modelkami chcą zostać.
A kobieta-mur plecami się odwróciła
"Nie chce jeść, to niech zdycha"
rzuciła nad odchodnego.
A dziewczę się załamało:
"Nie wyjdę nigdy z tego..."

Ale jeśli ja się wypowiadam o anoreksji, to tak jakby anorektyczka wypowiadała się o otyłości, ginekolog o psychologii, życiowy nieudacznik o samospełnieniu, a pani z pobocza autostrady o polityce i aktualnej sytuacji na świecie.
Ale halo halo! Kto mi zabroni?! Nikt! To ja teraz mam głos! Ja teraz przemawiam! Nikt inny nie ma prawa mówić w tym momencie, ani podważać MOJEJ ŚWIĘTEJ OPINII. A jeśli to robi to jest skończonym [Proszę tu wkleić wszystkie niecenzuralne słowa jakie się zna] i na niczym się nie zna! Bo ja się znam! O!
Zawsze się zastanawiam kto słucha takich ludzi. Na szczęście odpowiedź przychodzi błyskawicznie: WSZYSCY! :D Cóż to za wspaniała wiadomość! Otwórzmy szampana i podyskutujmy o sprawach o których nie mamy bladego (ani nawet opalonego) pojęcia! Juhuuu! A teraz obróbmy komuś zad, wypuśćmy kilka tysięcy nieistniejących plotek i namówmy innych, żeby też kogoś obszmacili! Bo przecież nie mamy nic lepszego do roboty niż ogólne szerzenie nienawiści! Nie mamy życia ani krztyny dobrej chęci, więc zróbmy komuś bubu, bo przecież czymś się cieszyć trzeba.
Nie prawdopodobne?
No oczywiście. Dyktatorzy zeskakiwali z nieba i przy pomocy uzi zmuszali parę milionów ludzi do posłuszeństwa. Nie. Ktoś kiedyś usłyszał gadkę takiego gościa i stwierdził: "Ej facet ma gadane. WYGLĄDA, że się zna na rzeczy". A jak ten facet zaczął kazać podrzynać gardła własnym psom i przerabiać ludzi na mydło było już za późno.
"Ojeej"- pomyślicie - "Nieładnie. Jaka skrajna sytuacja". No faktycznie, skrajna. Bo to przecież było taaak dawnooo i w ogóle nie mamy z tym styczności na co dzień. W ogóle. Bo wcale stylu myślenia nie kreują nam gwiazdeczki z wykształceniem podstawowym, które zaczęły robić karierę zanim nauczyły się poprawnie wymawiać "ś" i "ć". Wcale. Wcale nie dopuszczamy do głosu osób, które nic do powiedzenia mieć teoretycznie nie powinny. "Jak too?!" - krzykniecie - "Ona ma dwa fakultety!" Super. Szkoda, że z innych kierunków. "On jest bardzo inteligentny!" Tjaaaa. Szkoda, że nie powiedział jeszcze nic konkretnego. "On  bardzo dobrze myśli!" Szkoda, że na myśleniu się skończyło i to w zupełnie innym aspekcie.
  Gorzej, jak ktoś swoim nieznastwem robi krzywdę. Nie ma to jak komuś wciskać, że płacze, BO JA TU JESTEM PSYCHOLOGIEM i nieważne, że to pot, bo się spociłaś biegnąc. JA WIEM, że to łzy. Jesteś nieczuła, niewrażliwa i nie dopuszczam innej opcji i zapraszam na terapię grupową. Ja wiem jakie masz problemy, co ci dolega i tyle moja droga, koniec tematu, spotykamy się za tydzień.
  Wybierzcie mnie na prezydenta, a obniżę podatki, naprawię ulice, otworzę nowe szkoły i zrobię co tam chcecie, nawet zagram na akordeonie, bo w sumie tylko na tym się znam, ale mam gadane i ładny uśmiech, a podpisywać się przecież każdy głupi potrafi.
  Już za tydzień przedstawię wam nową dietę i w sumie to całą dietetykę stosowaną przespałam i nie mam pojęcia co robię, ale przecież jedząc jedną kromkę chleba schudniecie, więc co za problem. Poza tym mam świetną figurę (tylko przez metabolizm bo prywatnie to żrem jak świnia) i zdrowe zęby (co z tego, że sztuczne), więc możecie mi zaufać.
   Sama już nie wiem kto jest większym idiotą. Ci, którzy zabierają głos w sprawach o których nie mają pojęcia, czy ci, którzy im tego głosu udzielają...



***


Ajajajaj... Poważnie się zrobiło. Aż czuję się winna, że zaczęłam takim se wierszykiem. Wbrew pozorom napisałam go na samym końcu i przybrał taką formę, a nie inną tylko ze względu na fakt, że komu jak komu, ale anorektyczkom zaleźć za skórę nie chciałam. Inna sprawa, że obiecałam, że będę narzekać i cynicznie podchodzić do cudu stworzenia jakim jest (czy też miała być w pierwotnym założeniu) ludzkość, a ja tu o driadach popisuję, które (z tego co mi wiadomo) do cudów stworzenia się nie zaliczają. I takim o to sposobem poczułam się winna. Tym bardziej, że żadnego słowa pocieszenia w stylu "Nie martwcie się, będzie gorzej" pod ostatnim postem zmagań z nie-najadą nie zostawiłam. A obiecałam, że się poprawię. No i ta gramatyka... ajajaj do kwadratu. Naprawdę się staram ogarnąć łortografje i łinterpunkcje, ale to nie jest łatwe, zwłaszcza, że miewam sytuację, gdy potrzebuję dłuższej chwili, by rozkminić jak się pisze rzaba (czy tam żaba, jeden płaz).
Więc jak napotkacie jakieś błędy, to będę wdzięczna za uświadomienie mnie w nich:)
PS. Niestety nie wszystkie przykłady są do końca wyssane z palca. Pozdrawiam przyjaciółkę i jej opowieść o psycho-loszce wykrywającą depresję, tam gdzie jej nie ma (u której nigdy więcej się nie stawiła), oraz drugą znajomą, której początkujący dietetyk przepisał dietę, w której co drugi dzień miała mieć łososia na obiad (Ja się tam na tym kompletnie nie znam, ale wydaje mi się, że znaczenie "różnorodna dieta" nie oznacza żywienia się w 50 procentach jedną rybą. To swoją drogą nie łosoś jest uznawany za jedną z mniej zdrowych i nieźle zanieczyszczonych rodzai ryb?)
PPS. Na razie zostaję przy piątkach. Mam nadzieję, że nie winicie mnie za bardzo za brak wpisu w poniedziałek, ale zanim to dokończyłam, to było już po północy. A stwierdziłam, że skoro i tak data będzie wtorkowa, to już lepiej poczekam do piątku i przynajmniej tekst będzie bardziej dopracowany (lub też nie). Postaram się kolejnym tekstem tak nie przymulić. No chyba, że znowu poczuję przypływ irytacji. Ale to w takim razie Wasza wina, że mnie irytujecie...
PPS. Pozdrawiam i nalegam: sprawdzajcie dane, nie wierzcie na słowo, zadawajcie pytania. Bo ignorancją i przyjmowaniem wszystkiego bez żadnych przemyśleń szkodzicie tylko ... sobie.

piątek, 29 lipca 2016

O tym, czemu się nie wdawać w dyskusję z osobami, które mają więcej łusek niż dobrych chęci


Jakimś cudem driada nie zareagowała na ten komentarz. Zacisnęła zęby.
- Jak ostatni raz widziałam ludzi ten las nue miał jeszcze leśnika- stwierdziła lodowatym tonem
- A kiedy to było?-  Sandra spojrzała z nadzieją
- Nie wiem, ale pamiętam, że chcieli mnie wtedy spalić na stosie.
- Znam wielu takich, którzy by się z chęcią dołączyli - mruknęła Ada.
- To musiało być dawno...- Sandra jakby trochę pobladła
- Oj nie.. Nie sądzę... - driada przybrała zamyślony wyraz twarzy (czy raczej pyska) - W wodzie ciężko wyczuć upływ czasu
-Zwłaszcza w takiej brudnej- skrzywiła się Ada
- ...Ale z tego co mówią drzewa jakieś dwa tygodnie - dokończyła nimfa
  Po tej informacji zbledli wszyscy. Sandra oparła się o drzewo, bo jakoś wydało jej się , że ziemia się stała bardziej ruchliwa niż zwykle. Kamil zawisł na wędce z głośnym wydechem, a Ada bezsilnie klapnęła na trawę. Nawet Maciek, który do tej pory gapił się na driadę jak ciele w malowane wrota, teraz cofnął się dwa kroki. Było to wskazane, biorąc pod uwagę fakt, że prawie już stał w wodzie. Tylko Klaudia pozostała w swojej pozycji. Zadarła głowę i obserwowała konary drzew.
- Drzewa mają aby na pewno dobre poczucie czasu? Spytaj ich, który jest rok. Może wiedzą...
- Oh, tutaj nie ma żadnego konkretnego roku- odpowiedziała nie-najada wzruszając ramionami.- Te drzewa są wieczne. Były tu od zawsze. Tak jak ja. Ludzie mają bardzo dziwne pojęcie świata. A czasu? Wariactwo. Kolejny dowód na to, że jesteście szurnięci. Po co liczyć czas, kiedy nie macie go prawie w ogóle? Nie żyjecie zbyt długo. Zwłaszcza po trafieniu tutaj. Zwłaszcza po próbie spalenia mnie na stosie.
 Klaudia głośno przełknęła ślinę. Nie wiedziała, czym się żywią driady, ale obawiała się, że do konsumowania glonów kły nie stanowią obowiązkowego wyposażenia. Zaczynała nawet trochę współczuć tym biednym ludziom o ograniczonych umysłach, dla których najlepszą zabawą było wieszanie i palenie się nawzajem, a gdy wreszcie trafiają na coś, co może choć uchodzić za czarownicę (a przynajmniej wystarczająco nienawidzić ludzkości, żeby za nią uchodzić) zostają przerobieni na pokarm dla rybek. Nawet najwięksi przeciwnicy średniowiecza i fani stworzeń wodnych powinni uznać tą sytuację za średnio pocieszającą. Dla niej ona była niepocieszająca tym bardziej, że stała oko w oko z czymś, czego hobby bardziej od szydełkowania przypomina rozrywanie ciał śmiertelników. Co gorsza uważa ich za nie bardziej pożytecznych od much, chyba że są wystarczająco utyci. Wtedy nadają się jeszcze na obiad.

poniedziałek, 25 lipca 2016

O żywocie kolarzy i nie tylko



 Piękny cytat, prawda? Aż się łezka w oku kręci, ale jak dla mnie jest dość zbyt optymistyczny.
 Życie jest jak jazda na rowerze. W deszczu. Przy burzy z piorunami. O pierwszej nad ranem. I nie wystarczy poruszać się do przodu.
 Życie jest jak jazda na rowerze w deszczu po dziurawej typowo polskiej wiejsko-leśnej drodze pełnej kałuż. I o nie się właśnie rozchodzi. Nigdy nie wiesz, czy jest tak płytka, że wjedziesz w nią bez żadnych wyrzutów sumienia, zamaczając ledwo koła, czy wpakujesz się w półmetrowy rów i zagłębisz po pas w intelektualnym błotku wraz z rowerem, gdzie nawet błotniki nie pomogą.
 Masz rzecz jasna wiele opcji. To ty tu jesteś rowerzystą i ty podejmujesz decyzje. Możesz:
a) histerycznie starać się nie wpaść w zauważoną w ostatniej chwili dziurę
b) wyminąć szerokim, kulturalnym łukiem każde większe zagłębienie
c) ryzykować, wpadając w co większy rów z okrzykiem "Y.O.L.O !"
d) zatrzymywać się przed każdą kałużą, mierzyć ją i podawać dokładnej analizie jej skład (choć jest szansa, że zanim przyślą próbki z laboratorium, to zdąży wyschnąć)
e) sprzedać rower i kupić harleya mając w głębokim poważaniu wszystkie kałuże

 Ostatni podpunkt ma również inne plusy niż bezceromanialne rozchlapywanie na boki mułu i bliżej niezidentyfikowanych substancji, bo to potrafi byle quad. Jest nim między innymi widok mdlejących panien i mężatek przy każdym mijaniu i szczera zazdrość tych, których przy przejeżdżaniu przez ķałużę przez przypadek (że niby) obryzgałeś. Świetnie? No raczej. Trzeba tylko zwrócić uwagę, że przy ewentualnym wypadku na zakręcie życia kolarzowi grozi złamanie ręki, a harleyowcowi karku. Ale spokojnie, spokojnie. Nie traćmy głowy (dosłownie). Przecież nikt nikomu nie każe na pierwszym lepszym zakręcie wjeżdżać w drzewo, a gdy jest trochę pod górkę... cóż.... walenie głową w pobliski kamień na niewiele się zda.
 Możesz też oczywiście wyrzucić te wszystkie graty i kupić kabrioleta, ale wtedy raczej leśne czy uroczo polne dziurawe drogi przestaną cię dotyczyć. Możesz także sprzedać kabrioleta i przerzucić się na rower, by spłacić kredyt we frankach, ale to już poważny temat w przeciwieństwie do głupich przemyśleń podczas pedałowania w czasie deszczu.


***

Jakoś deszczowa pogoda się mnie trzyma. Może to dlatego, że jestem jedną z osób, która uważa zapach betonu po deszczu za najpiękniejszy na świecie. Lubię te puste ulice. Tylko jakaś zabłąkana para bez parasola, która utknęła pod większym drzewem czy niedzielny biegacz, który w sumie cieszy się z tego niezapowiedzianego prysznica, bo przynajmniej potu na nim nie widać. Puste ulice, przymknięte drzwi od sklepów i przydrożne kawiarenki pełne turystów naiwnie myślących, że zdąży przestać padać, nim wydadzą wszystkie oszczędności na kawy i herbaty. Czasem trafią się jacyś przezorni zawsze ubezpieczeni z kurtkami przeciwdeszczowymi, ale to tak rzadki widok, jak dobry kurs w kantorach.

PS. Kolejny post w piątek (o ile internet znowu się na mnie nie wypnie)
PS2. Z mojej osobistej strony: jak widzicie rowerzystów to nie zajmujcie całej ścieżki, zmuszając go do wjechania w największe błoto, DOBRZE?!

piątek, 22 lipca 2016

O deszczach niespokojnych

Podkrążone oczy?
W piżamie do czwartej
Tańczenie do nocy
To śmiechu jest warte
Jak życie ci mija
Ty w starych bamboszach
Pan w radio nawija
Na miasto w kaloszach
Bo pada, choć lato
Parasolka w ręce
Co poradzisz na to?
Uciekasz na prędce
Pod jakąś chałupę
Powiedział Bóg szach-mat
Masz już mokrą dupę
Sorry, taki klimat


***

Tak mniej więcej się czuję, gdy gniję w domu w czasie wakacji słuchając radia dla emerytów, a gdy wreszcie zwlokę swe zwłoki z łóżka i pójdę w świat (albo po prostu do ludzi na miasto żeby całkowicie nie zdziczeć) zaczyna padać. Mam wtedy przykre wrażenie, że Stwórca nawet nie próbuje powstrzymać chichotu. Mam nadzieję, że to chichot, a nie szyderczy śmiech.
PS. Sorry taki klimat. Czy w klimat też się wlicza występowanie wi-fi? Jeśli nie, to i tak sorry. To tylko jeden dzień spóźnienia...
PS2. Sprzedam opla. Kupię kalosze.

poniedziałek, 18 lipca 2016

O łowieniu w miejscach niedozwolonych

Jednorodna tafla jeziora nagle zafalowała. Z wody najpierw wynurzyła się głowa, potem tułów, a na końcu cała reszta. Jakiś metr od nich zanurzona po kostki w wodzie stała kobieta. Miała bladą skórę, czarne, gęste włosy opadające falami do bioder i ostre, prawie męskie rysy twarzy. Ciemne, w kolorze toni wodnej oczy patrzyły bystro na ludzi przed nią, co Klaudii niebezpiecznie skojarzyło się z obserwowaniem ofiary przez dziką zwierzynę. Kobieta była niezaprzeczalnie piękna nawet mimo łusek wystających tu i ówdzie ze skóry i małych płetw w okolicy nadgarstków i kostek. Była tak kobieca, że człowiek mógł nawet pominąć skrzela na szyi i lekko zielonkawy odcień skóry. I śmierdziała glonami.
 Jakby instynktownie cała piątka cofnęła się.
- Tutaj się nie łowi- powiedziała ociekająca wodą istota z pewnym rozdrażnieniem wyjmując haczyk zaplątany we włosy. Jej głos był niski i miękki. Można by go nawet uznać za zmysłowy, gdyby nie pogłos na końcu każdego słowa nieprzyjemnie kojarzący się z piskiem delfina uwięzionego w sieci.
- Syrena?- cicho mruknął do przyjaciół Kamil, ostrożnie zwijając wędkę.
- No co ty deklu!- Ada popukała się w czoło- Syreny mają ogon! Ta tutaj to..
- Jestem driadą - istota wyglądała, jakby była z tego dumna.
- A nie najadą..? - cicho zwróciła uwagę Sandra powodując nagłe poczerwienienie istoty
- Jestem driadą, okej?! - zaczęła krzyczeć, plując naokoło glonowatą wodą i ukazując rybie zęby. - Czemu ludzie mnie zawsze klasyfikują swoimi bajkami?! Chyba wiem czym jestem!!! Wy ludzie lubicie myśleć, że się na wszystkim znacie, atak naprawdę... - dalsze słowa zamieniły się w pisk. Driada z każdym słowem jakby zwiększała częstotliwość dźwięku, aż po chwili jej głos przestał być typowym alarmem przy wyjściu w sieciówkach, a zaczął nikomu nie znanym systemem echolokacji.
- Taak...  Z pewnością nie jesteś syreną - powoli stwierdziła Ada gdy cała piątka odetkała sobie uszy, a nie-najada powracała do swojego dawnego koloru. - One mają ładny głos. I potrafią śpiewać. - W tym momencie Ada nie zdawała sobie sprawy z wielu rzeczy, ale jedną wiedziała aż za dobrze: usłyszenie śpiewu tej driady kim czy czymkolwiek by nie była, było ostatnią rzeczą na jaką miała ochotę.
 Ta jednak najwyraźniej nie miała zamiaru śpiewać. Wyprostowała się, a z jej gardła wydostał się szyderczy śmiech
- Syreny - prychnęła - Nigdy nie zrozumiem, czemu ludzie tak ślepo się nimi zachwycają. Wy myślicie, że mają piękny głos, ale ich śpiew jest bezmyślny jak cykanie świerszcza. Praktycznie niczym się nie różnią od ryb głębinowych- to ten sam gatunek. U nich za światełko robi śpiew, za małe rybki- marynarze. To w sumie świetne podsumowanie całej ludzkości: Uważają się za panów świata, a zostają przechytrzeni przez istotę o mózgu wielkości komara.
- Tylko faceci - mruknęła Ada
- Tak dobrze znasz niby ludzkość? - Sandra skrzyżowała ramiona na piersi.
- Oczywiście- driada uśmiechnęła się w złośliwym uśmiechu odsłaniając brudne kły piranii (a może  zwykłego sandacza) - Nie jesteście pierwszymi, którzy próbowali tu łowić
- Oni pewnie też nic nie złowili - Kamil ponuro spojrzał na swoją prowizoryczną wędkę.
- W tym stawie w ogóle jest mało ryb - stwierdziła Klaudia zerkając w toń wody- O ile w ogóle są. Musisz to zarybić bo ci ekosystem padnie. Poproś jakiegoś leśnika czy kogoś- zerknęła na nie-najadę - Nagiej kobiecie o zębach pirani się nie odmawia
 Klaudia dość szybko przekonała się, że nie tylko się nie odmawia, ale też nie wypomina rybiego uzębienia. Zwłaszcza, gdy ów kobieta wie, jak się takowym posługiwać.




***

Byłam właśnie zajęta nicnierobieniem, gdy mój wzrok powędrował na półkę w pokoju. Patrzę na regał- Parandowski, zerkam na nocny stolik- Sapkowski, wodzę wzrokiem po zakurzonej półce- Pratchett. I stwierdzam: tak tego zostawić nie można. Biorę się w sobie, zmuszam do pracy leniwie lewitujące w wolnej przestrzeni resztki rozumu i piszę. Czytam i się załamuję. Przepisuję na komputer. Nie wszystko, bo mam wrażenie, że zaraz mi palce od stukania w klawiaturę odpadną. Czekam. I jak sądzę trochę mi to zajmie.
PS. To nie jest całość, no ale mówię (znaczy piszę), że nie wiem jak się przyjmie i czy w ogóle. Druga część EWENTUALNIE za tydzień. Chyba, że się wcześniej załamię i zmienię pomysł i zamiar całkowicie.
PPS. W czwartek post normalnie, chyba że nie.
 Z mojej osobistej strony: uważajcie, gdzie łowicie.

czwartek, 14 lipca 2016

O starych notatkach i samoocenie

Ach Romeo, Romeo
Czemuż to Cię pogięło?
Fajnych lasek pół Wenecji
Zabity dla jednej kiepskiej.
Wpierw Rozalia potem Julia
Może była to abulia?
Truciznę dziarsko wypijał
Może być z tego kryminał...
Strzelił sobie samobója
Chyba ktoś go zrobił w ch***...


  Wierszyk poczyniony dość dawno, a dnia dzisiejszego odnaleziony w zakamarkach szuflady. Słabe to, głupie i strasznie infantylne, ale jakieś takie swojskie. Pasujące do  ostatnich dwóch neuronów leniwie poruszających się w moim mózgu co mi zostały po roku szkolnym. Kiedyś myślałam, że źle piszę przez zmęczenie materiałem w szkole i bierne powtarzanie dni. Teraz to widzę dobrze jak nigdy: piszę źle po prostu. Tak mam. Jedni potrafią tańczyć, inni pisać, inni gotować, inni malować, a inni po prostu nie potrafią nic. No co ja poradzę. Tak się zdarza. Jako dumny przedstawiciel ostatniej grupy czuję pewnego rodzaju bunt rodzący się we mnie: "Że co?! Że oni mogą, a ja nie?! To ja im pokażę!" Oczywiście próby pokazania nie kończą się zazwyczaj najlepiej (co zresztą widać). Rozpaczliwe usiłowanie napisania czegoś dobrego zakończyło się historyczną wręcz klęską. No dobrze. Sami tego chcieliście. Skoro tak, to proszę bardzo. Będę pisać źle. Ale będę pisać dobrze źle. Nawet bardzo dobrze. Zostanę główną twórczynią piosenek disco-polo. Będę pisać o błyszczących lakierach samochodowych, motylkach na łące i fajnych laskach na dyskotece. A co! Tylko mi nie mówcie, że nikt wielki tak nie zaczynał. Bo przecież zaczynali. A ten, ten , no jak mu tam? No ten...  No wiecie przecież o kogo chodzi...

***

   Po upiciu się szczęściem ze względu na koniec roku wreszcie doszłam do stanu względnej jasności umysłu. Nie większej niż zwykle. Wakacje witam od głupiego wierszyka i krótkich przemyśleń na temat swojej godnej współczucia twórczości. Ale nie ma tego złego. Poprawię się. Kiedyś. Może.
PS. Obiecywałam, że odpokutuję to i planuję to zrobić. Jeśli nic nie ulegnie zmianie, następny post trochę dłuższy "zawiśnie" na tablicy w poniedziałek.