niedziela, 19 marca 2017

O pielgrzymkach na siłownię i braku zrozumienia społeczeństwa dla leniwców


Witajcie moi kochani!!! :*****
Dziś czeka na was wspaniały przepis na bezglutenowe vegańskie (koniecznie przez "v''!) fit naleśniki. Ja już po treningu na mojej ulubionej siłowni, więc potrzebuję dużo białka no i oczywiście oleju kokosowego hihi. Nie mam pojęcia dlaczego go używam, ale wszystkie celebrytki tak robią więc you know...



Przez ostatnie dni znów czuję się jak wyjęta z innej bajki... Rok minął, a jakby świat dalej stał w miejscu. Ruszyły pielgrzymki na Jasną Górę i siłownię. Zaczyna mnie coraz bardziej martwić fakt, że te drugie już nikogo nie dziwią, a pierwsze bezustannie powodują ogromne oczy u rozmówców ("Cooo?! Chce ci się iść 500 kilometrów? Posrało do reszty?!") chociaż większość z pytających przechodzi tyle na bieżni w niecały miesiąc. W telewizji coraz częściej reklamy leków na odchudzanie. Kiedyś jedna na tydzień, dziś cztery w trakcie przerwy w jednym filmie. (Co ciekawie wprost proporcjonalnie do ilości reklam suplementów diety rośnie liczba reklam leków na potencję i obawiam się, że nie jest to przypadek...) Skąd ta chęć zdrowego żywienia? Czy to oznaka naszych czasów? Czy kult wysportowanej jednostki jako figury z pogranicza raju robi wodę z mózgu społeczeństwa? A może po prostu ludzie czują presję. Taką zwyczajną, ludzką. Że powinni być wysocy, piękni i szczupli (najlepiej jeszcze z ciemną opalenizną) niczym ludzie z plakatów reklamowych. Zawsze uśmiechnięci na myśl o śniadaniu z sokiem pomarańczowym wszystkim znanej firmy albo przepysznych płatków śniadaniowych, które są taaaakie pożywne. STOP. Wróc. Płatków z mlekiem, a i owszem, ale tylko pod warunkiem, że w tym mleku będzie rozpuszczone białko. Dużo białka.
A więc dobrze. Chodzisz na siłownię= +10 do bycia fit. Pijesz wodę z Ewą Chodakowską= +20 do bycia fit. Biegasz co rano, pływasz, grasz w koszykówkę i regularnie wstawiasz na insta zdjęcia z programu treningowego= + wywaliłoskalę do bycia fit. Co jeżeli jednak tego nie robisz?
Przykro mi. Właśnie stałeś się marginesem społeczeństwa, leniwcem w ludzkiej skórze, a w oczach ludzi kimś nieciekawym, niepotrafiącym zapanować nad własnym samozaparciem i w ogóle idź się zabij, bo smutno patrzeć.
Czy to jednak znaczy że nie masz wyjścia?  
Błąd.
Wyjście jest zawsze. W tym momencie jednak łączy się z  podpisaniem paktu z diabłem. Nie krwią jednak, lecz potem. Potem w którym da się wyczuć wyraźną nutkę ksylitolu i protein.
 
Cyrograf - zdjęcie poglądowe
Pół biedy jak naprawdę jesteś zakręcony na punkcie bycia wysportowanym jak Schwarzenegger
i wyciskanie dwóch stów na klacie to dla ciebie sport jak każdy inny. Gorzej jeżeli jesteś tylko biernym obserwatorem zabaw masochistycznie- ćwiczeniowych. Obserwatorem, na którego barkach spoczął ciężar bycia. Bycia tak po prostu w samej swojej całej prostocie. Zostałeś zmuszony to chodzenia na siłownię - to raz. Zostałeś zmuszony do diety i liczenia kalorii (cóż, przynajmniej lepiej opanujesz dodawanie do 1000) - to dwa. Zostałeś zmuszony do wyzbycia się swojego światopoglądu i miłości do jedzenia - to źle. Nawet bardzo. Potem się dziwią, że ludzie mają depresję, są niewyspani, młode dziewczyny popadają w anoreksję, a starsze w alkoholizm. 
Cóż, macie to czego chcieliście.
 
Rysunek poczyniony z dedykacją dla owego gentelmena, który to miał powiedzieć: "Dzisiaj pizza, jutro Chodakowska". Ja uzupełniłam tę frazę o stwierdzenie, że każdego dnia mamy dzisiaj i wiecznie żyje tylko ten, który cieszy się chwilą właśnie trwającą. Carpe diem jak powiedział ktoś mądry. Tak oto powstała jedna z - tu mogę się założyć- najlepiej już niedługo sprzedających się sentencja dla wszystkich, którzy chcą zacząć ćwiczyć - a i owszem- tylko nie mają odgórnie wyznaczonego terminu na zaczęcie.


Oczywiście byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że "zawsze", "wszyscy", "wszędzie"... (ale przecież nie mówię). Chodzący na siłownię stworzyli swoją własną subkulturę ociekającą w syntol i rytmiczne piosenki na bieżnię. Otoczyli się tylko sobie znanym światem. A czy to źle że znaleźli własny świat? Przecież każdy ma swój. Tylko, na litość czegokolwiek w co wierzą, niech nie wciągają do niego na siłę.
Na szczęście nikt nie zabronił nam- grubasom, którym nie chce się ruszyć swojego leniwego nacelluitowanego zadka- się z tego naśmiewać. I bardzo dobrze, bo co my byśmy wtedy poczęli? Pozostało by nam tylko samotne popłakiwanie na kanapie z naręczem lodów czekoladowych i celowanie rzutkami do przyklejonego na ścianie magazynu sportowego ze sportsmenką na okładce.
A tak możemy całą naszą (całkowicie oczywistą i słuszną) frustrację wyładować w internecie, pisząc że Pudzian to krowa na sterydach, a Ewcia w sumie to jest gruba i brzydka i nikt jej nie lubi (lub po prostu napisać o tym post na blogu). No bo przecież ćwiczyć nie zaczniemy...
 
Moje życie diametralnie się zmieniło odkąd usłyszałam o smakowym białku. (Sama informacja że istnieje w ogóle coś takiego jak białko w proszku do rozrobienia z mlekiem czy wodą też mnie lekko wytrąciła z równowagi, ale ta druga wywołała nieporównywalnie większe wrażenie.) Jakoś bardzo trudno mi było sobie wyobrazić dwóch napakowanych koksów na siłowni którzy między ćwiczeniami popijają mleczko o smaku białej czekolady. BIAŁKO KONOPNE - to brzmi dumnie! (Pomińmy fakt, że smakuje jak trawa). BIAŁKO CIASTECZKOWE- i już mam przed oczami obraz pakerów przybijających sobie piątkę na myśl o wyjściu do obiegu białka o smaku gumy balonowej albo smerfowym... Od razu mam wrażenie, że na ramionach miast tatuążu gangu motocyklowego będzie u nich widnieć różowy jednorożec. Jednorożec ze sztangą oczywiście.
  
PS. Ćwiczcie, cieszcie się życiem lub ćwiczcie celność na gazetach sportowych -dopuszczalne także robienie wszystkiego razem (niekoniecznie w tym samym czasie).
PPS. Przykro mi za jakość skanów rysunków. Zapiszę w widocznym miejscu żeby nigdy nie używać kołonotatnika do rysunków do skanowania. Jest też szansa, że nawet drukarka nie mogła znieść moich bazgrołów - stąd te cienie i prześwietlenia.

niedziela, 5 lutego 2017

O zimnie pod kocem i cieple na wietrze

 

 
 
Chodź, otulę Cię zimnem.
Kołdra ze starych brudów zaciągnięta pod samą szyję
Słyszysz? Kalofery śpiewają kołysankę dla Ciebie
Huk zapowiadający wypędzenie z raju to upadająca pinezka na drugim końcu mieszkania.
Nikt nie słyszał płaczącej łzy. Krople deszczu zbiera wiadro. Przeciekający dach. Metalowy pogłos. To odzywa się sumienie.

Chodź, otulę Cię zimnem.
Poduszka wypchana marzeniami prawidłowo ugnieciona pod głową.
Czujesz? Samotność się łasi.
 Przyszła i ociera się o nogi. Przytul ją. Była dziś w bardzo dużym tłumie i nie może uspokoić oddechu.

Chodź, otulę Cię zimnem.
Prześcieradło z myśli znów pogniecione na rogach.
Widzisz? Masz mokre ręce.
Na łokciach nie ma autostrad dla zgubionych pragnień. O kolizję nietrudno, kiedy łapczywy oddech znajduje ukojenie dopiero przy własnym żołądku.

Chodź, otulę Cię zimnem.
Rano i tak kaloryfery zaczną grzać na nowo.
 
 
 
 
 
***
 
Temperatura spadła do minus dziesięciu, zima sobie chyba o nas przypomniała, sezon grzewczy się zaczął... wszystko niby po staremu. Niby skarpety na stopach do spania jeszcze niepotrzebne, niby zima to musi być zimno, niby można się przykryć czterema kocami... no właśnie. Niby. Bo kiedyś po prostu musi przyjść moment zrozumienia. Zrozumienia, że żaden termofor nie pomoże, że parzenie dziesiątej kawy nic nie da, że czwarta bluza i dwie pary rękawiczek naprawdę nic nie zmienią. Że zimno, które czujesz, to zimno idące ze środka.
 
 


PS. Nie twierdzę, żebym się zebrała, ale myślę, że zamienienie wiadra na koszyk to był dobry pomysł. Rozpatrywałam tez worek, ale za bardzo kojarzył mi się ze śmieciami czy zwłokami.
Zresztą - spakować swoją egzystencję w worek na śmieci- czy to nie jest wymowne?
PPS. Moja miesięczna nieobecność nie miała (wbrew pozorom) związku z zabalowaniem po sylwestrze. Tak się czasem dzieje, że trzeba się zatrzymać, przemyśleć niektóre rzeczy... Nie no. Żartuję. Po prostu mi się nie chciało.
PPPS. Zdjęcie paczadła od Kichania z "Rudego aparatu". (Z miejsca pozdrawiam czy coś) Piszę tak na wszelki wypadek, żebyście nie pomyśleli, że to moje (jeszcze się okaże, że naćpane i mnie ktoś pozwie)
PPPPS. Morał jak zwykle: śpijcie w skarpetach ile chcecie, pijcie herbaty ile chcecie i przytulajcie termofor jak długo chcecie, ale póki nie spróbujecie się uśmiechnąć chociaż jeden raz do tego wrednego kierowcy autobusu, nic się nie zmieni.
 
 
 
 

niedziela, 11 grudnia 2016

O życzeniach okazjonalnych i nie tylko

Czasami miło usłyszeć "Dzięki, że pamiętałeś",
lecz zanim takowe usłyszysz spisz sobie lepiej testament.
Szybciej za to uświadczysz lekceważące machnięcie ręką
"Taa jasne..." - mruknięcie ciche -"spełni się to nieprędko..."
To ty jak głupi po nocach siliłeś swą mózgownicę
w nadziei, że wzruszeń szlochy rozbudzą tą okolicę.
A tu prócz "Spoko dziękuję" możesz się sam pocałować.
Łza ani uśmiech cię nie uświadczy. Możesz już tylko żałować...


***

Życzenia okazjonalne mają to do siebie, że zawsze brzmią tak samo. Już niedługo sezon na "Zdrowia, szczęścia, fajnego chłopaka i eeee jeszcze raz zdrowia" będzie można uznać za otwarty. Podobnie jest zresztą nie tylko przy okazji dzielenia się opłatkiem, ale też urodzinach. imieninach, rocznicach, sami wybierzcie sobie termin. I człowiek stoi jak te grabie w gnoju i się uśmiecha głupkowato jak mu sto lat śpiewają. Rodzina, która normalnie o tobie nie pamięta, nagle okazuje się zaskakująco liczna (anuż będziesz kiedyś bogaty), a grono znajomych poszerza się o sto procent. "Dziękuję", "dziękuję", "dziękuję", "dzię... a kim ty w ogóle jesteś?".
Jest też druga strona tego całego zamieszania.  Strona, która kombinuje jak zrobić nietandetny prezent zamykający się w dwudziestu złotych i jakie to życzenia napisać, żeby przykryły niepraktyczność kolejnego kubka z nieżyciowym cytatem i krzywym rysunkiem (No ale przecież jest taki uroczyy...)
Być może trudno się dziwić, że w takim układzie i podziękowania nie są zbyt wylewne, ale spróbujmy zrozumieć. Akceptacja moi drodzy, akceptacja. Po odpisywaniu na czterdziesty sms "sto lat" od nieznanego numeru, człowiek ma prawo być trochę zniesmaczonym ilością minionych wiosen. Zwłaszcza, gdy wcale urodzin nie świętuje. Po prostu podał randomową datę na facebooku...

PS. Apel: Bądźcież ludzie wyrozumiali! A przy kolejnym składaniu życzeń zastanówcie się, czy na pewno chcecie, żeby się spełniły. Bo z nimi to trochę jak z marzeniami. Spełniają się, tylko nie tak i nie wtedy, jak byśmy tego chcieli.
PS2. Uprzejmie informuję, że to wiadro, do którego się zbierałam okazało się dziurawe. Piasek z worka, resztki chęci z wiadra czy jak to leciało dalej... Tak czy inaczej trzy czwarte były, już nie ma, przed skrzyżowaniem zawróciłam i z powrotem do tego wiadra zbieram. Tym razem uszczelnionego. O postępach będę informować na bieżąco.

niedziela, 20 listopada 2016

O lisach i baobabach

"Oni są właśnie tacy. Nie można od nich za dużo wymagać. Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych." ~ Mały Książę , A. de Saint-Exupery
 
 

Oni są właśnie tacy. Jacy? Wiecznie zapracowani? Zawsze w biegu, ciągłym krzyku i maniakalnym podejściu do formalności. Zirytowany swoim zmęczeniem i zmęczeni swoją irytacją. Kręcą się w kółko wokół teoretycznie ważnych spraw, ale zamiast psa szykującego się do legowiska oni przypominają raczej robaki w rozkładającym się ciele. Nie ma w nich ciepła psiej sierści, tylko zimno i skrzypienie małych muszek nóżek brudnych od smutku dnia wczorajszego i ze złością za paznokciami po ciężkiej pracy. Wkraczają do domu, a wraz z nimi fetor zatraconych dziecięcych marzeń i atmosfera nerwowego pośpiechu.
Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych. Muszą znosić ich humory, zdenerwowanie i ciągłe wyrzuty, że one znów zrobiły coś nie tak, że mogły lepiej, że nie skupiają się na rzeczach ważnych, że nie są idealne, że nie są takie, jakie dorośli chcieliby, żeby były. Że są tylko ludźmi i mają prawo do pomyłek, ale nie przy cioci Jadzi. Że nie spełniają chorych ambicji swoich opiekunów i nie są w stanie zaspokoić pragnienie rodziców o znanym nazwisku i poczuciu dumy ze swojego potomstwa. Że nie są takimi, jakimi dorośli chcieliby być, gdyby byli w stanie cofnąć czas. Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku do dorosłych. Kiedyś też takie będą. Nie mają innego wyboru.
 
***
 
Nigdy nie lubiłam tej książki, ale dopiero niedawno zrozumiałam dlaczego. (I nie chodzi tu tylko o to, że mi jako dziecku lis nie kojarzył się z uosobieniem przyjaciela, tylko obsikanymi jagodami.) Kiedyś nie lubiłam jej dlatego, że Mały Książe umarł. Teraz nie lubię jej dlatego, że wrócił na swoją planetę B-dwametrykwadratowe, żeby zajmować się różą, która go tylko krytykowała. Pomiatała, narzekała, marudziła. Że zostawił na ziemi lisa - swojego jedynego przyjaciela, dla którego był wszystkim w imię melancholijnego kwiata. Że będzie ją podlewać, zasłaniać kloszem, zabijać gąsienice i straci dla niej całe życie. Że to jedyna kobieta w całej książce i jest ukazana jako najbardziej egoistyczne i zadufane w sobie stworzenie na świecie. Że nie mógł zastąpić róży narcyzem, bo byłoby niepoprawnie politycznie, ani nie poświęcił ani odrobiny uwagi innym kwiatkom. Zarówno na planecie B-612, jak i Ziemi. Że kwiaty polne nie dostały roli pierwszoplanowej, o baobabach nie wspominając. No haaaloooo wyciął je z korzeniami! Jawna dyskryminacja! Ta książka nie jest o przyjaźni czy miłości... Ta książka jest o  OGRODNICTWIE... Całe życie w błędzie... I jak tu ją lubić?
PS. Mówiłam, że się zbieram!
PS2. Z osobistej strony: ludzie! Hodujcie bratki i paprotki! (Kaktusy też są spoczko)

sobota, 12 listopada 2016

O zbieraniu się w sobie i górskich wycieczkach

Nie ogarniam
 cholera nie ogarniam
 Sens i rozum
 już dawno trafił szlag
Pojedźmy wreszcie w te Bieszczady
 przez jakiś turystyczny szlak
Nie ogarniam
cholera nie ogarniam
Dzień i noc ma jakieś dziwne cykle
Walić to! Spakójmy już walizki
Pojedziemy w Tatry motocyklem
Nie ogarniam
cholera nie ogarniam
Czego dotknę, od razu wszystko psuję
i gdy pytają mnie o historyczne daty
za grosz nie rozumiem
Nie ogarniam
cholera nie ogarniam
Bardzo bym chciała, lecz jakoś nie mogę wyrzućmy wreszcie wszystkie uprzedzenie Pojedźmy w Karpaty samochodem

***
- Puk puk
- Kto tam?
- To ja
- Kryzys wieku średniego?
- Gorzej <szyderczy śmiech> Kryzys wieku młodzieńczego
- Jest w ogóle coś takiego?
- To może zspytaj się swoich hormonów?!


Tak wyglądała sytuacja przez ostatnie... trzy lata. Ja już zadowolona, że temu etapowi mogę pomachać husteczką na pożegnanie, a tutaj się okazuje, że ktoś pomylił pociągi i zawraca na peron. I na co komu takie umysłowe firfum dyrdum? Lekka zmiana podejścia i już byłoby mniej samobójstw a tak o, proszę bardzo.  Pociąg zawraca. Nic, tylko się na torach położyć. Albo uciec do innego pociągu. Jedynego słusznego. Pociągu kierunek Bieszczady.  Ktoś chętny na wycieczkę?
PS.Postaram się wrócić do reguralności. Zbieram się w sobie. Naprawdę. Jest szansa że do świąt będzie mnie jakieś dwa wiadra i koszyk... Resztę siebie pozbieram kiedy indziej

sobota, 15 października 2016

O wykształceniu jak to szumnie zwą, czyli list do nauczycieli

   Drodzy Nauczyciele,
my naprawdę rozumiemy Waszą, Drodzy Nauczyciele, niechęć do zrozumienia niektórych rzeczy. To jest całkowicie naturalne, że człowiek wypiera niektóre z nich. Może to nieprawdopodobne, Drodzy Nauczyciele, ale nam też się zdarza czasem nie wierzyć.
   Na przykład w to, że dla kogoś życiem są nie tylko całki i zadania z dwoma niewiadomymi. Że są ludzie, którzy nie poświęcają każdej wolnej sekundy swojego życia na studiowanie budowy komórek i rozkładania zdań na czynniki pierwsze. Że nie wszyscy interesują się tylko i wyłącznie życiorysami  władców Polski i nie wszyscy maniakalnie obliczają pęd pociągu relacji Wrocław-Warszawa. Naprawdę. Nam też na początku było ciężko w to uwierzyć. Ale się da. Nie twierdzimy, że to droga łatwa, ale nie nie do przejścia. Ma oczywiście wiele etapów.
Na początku trzeba sobie uświadomić, że choć to może nieprawdopodobne, nie wszyscy mają takie same zainteresowania i że nie zawsze są związane ze studiowaniem szczegółowych map Zanzibaru. Gdy ten etap mamy już za sobą przychodzimy do kolejnego. Bierzemy głęboki wdech i pozwalamy urodzić się myśli w naszej głowie, że te stosunkowo bezmózgie stworzenia przychodzące do nas na lekcje też może mają własne nienarzucone myśli i światopogląd, który nie został żywcem wyjęty z głowy ich rodziców.
Ostatni- najtrudniejszy etap polega na przyjęciu do świadomości, że być może te istoty zwane pochopnie młodymi ludźmi mają zajęcia po szkole. I że naprawdę nie będą wpatrywać się w sufit w letargu leżąc na podłodze jeśli nie zapewnimy im czasu na cały popołudnie zadając 14 kart z zadań  A4.
Gdy wszystkie te punkty skrupulatnie wypełnimy istnieje szansa, że Wasza, Drodzy Nauczyciele, świadomość może przyjmie hipotezę, że uczniowie mogą ewentualnie mieć swoje życie. Takie tyci-tyci rzecz jasna. Ale jednak. To niestety wymaga wiele lat pracy, samozaparcia i terapii grupowych.
     My rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że możecie mieć gorsze dni. Rozumiemy, Drogie Nauczycielki, że menopauza to nie taka lekka sprawa. Nie dziwimy się więc, Drugie Nauczycielki, które jesteście bądź co bądź kobietami, że wchodzicie do sali trzaskając drzwiami. Też jesteście ludźmi i też macie prawo mieć własne problemy. Jesteśmy wyrozumiali, Drogie Nauczycielki, i rozumiemy, że po kłótni z mężem, zgubieniu kluczy i zbiciu swojego ulubionego kubka do kawy bardzo ciężko się nie wyżyć na przypadkowych osobach. Doskonale rozumiemy, że najlepiej się pyta przy tablicy zwijającą się z bólu dziewczynę z ostatniej ławki, której ból jest spowodowany czymś zupełnie odwrotnym do Waszej, Drogie Nauczycielki, przypadłości, i przyszła do tej szkoły tylko ze względu na sprawdzian z historii ,którego nie wiedzieć czemu nie można pisać w innym terminie. Zdajemy sobie sprawę, że nic nie poprawia humoru lepiej niż tabliczka gorzkiej czekolady i dręczenie uczniów, bo przecież miałam przejść na dietę. My się naprawdę nie dziwimy. Wszakże czy może być coś piękniejszego od zrujnowania dnia takiej liczbie osób tylko jednym zdaniem? Czy może być coś wspanialszego niż brutalnie zawistny błysk w oku, gdy uczniowie niczym pobity owce robią wszystko co im każesz? My też jesteśmy ludźmi i całkowicie rozumiemy Waszą, Drogie Nauczycielki, chęć pokazania, że jesteście ponad tymi ograniczonymi stworzeniami siedzącymi w ławkach. Rozumiemy, że czerpiecie przyjemność z patrzenia w upodlane oczy wyrażające całkowitą usłużność i nieme błaganie. I całkowicie rozumiemy drogie, że nie jesteście w stanie powstrzymać się od podyktowana kolejnych zadań.
   Rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że nie jesteście świętymi. Zdajemy sobie z tego sprawę, bo my też lubimy ciskać kamieniami. Rozumiemy idealnie, Drodzy Nauczyciele, Waszą chęć pokazania kto tu rządzi. To całkowicie normalne, że nie chcecie dopuścić do siebie myśli, że Wasze czasy odchodzą. Całkowicie to rozumiemy. Naprawdę. My też tacy będziemy. Rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że potępiacie naszą kpinę z Waszych zasad, przekonań i nie zgadzacie się na pochopne nazwanie przez nas najważniejszych wartości waszego życia przestarzałymi. I rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że nie zniżycie się do poziomu, żeby nam o tym powiedzieć. Rozumiemy, że milczenie i pełne pogardy spojrzenie jest zdecydowanie lepszym środkiem przekazu. A jeszcze lepszym karna kartkówka, bo ten chłopak w czwartej ławce za głośno oddycha. Rozumiemy, Drodzy Nauczyciele, że lubicie się nad nami znęcać. Lubicie pytać nas, wytykać palcami, wypominać błędy, poprawiać, krzyczeć na nas, rzucać żartami poniżej i naszej i waszej godności. Że chcecie pokazać nam życie. Życie w całej swojej brutalności i dlatego już teraz musimy mierzyć się z wami i nie tylko. Wiemy, że macie sobie za złe, że nie wykorzystaliście swojej własnej szansy życiowej i teraz mścicie się na nas mając nadzieję, że my też nie wykorzystany swojej, tracąc zapał już przy wykształceniu podstawowym.
Weźcie tylko pod uwagę, Drodzy Nauczyciele, że my też kiedyś będziemy dorośli. Że to my będziemy tworzyć przyszły świat i że to od nas zależy czy się dogadamy, urządzimy i nam, i wam piekło na Ziemi. I zastanówcie się, Drodzy Nauczyciele, czy naprawdę chcecie żebyśmy wyrośli na takich jak Wy.
  Z wyrazami szacunku i nieskończonego uznania - Wasi uczniowie

piątek, 16 września 2016

O zawsze tych samych przemyśleniach początku roku

Czuję się jak wróg,
jak niegodny przeciwnik.
Gdy przekroczę próg
zwalę na siebie znów
te spojrzenie co przekraczają licznik,
choć osądzać mnie może tylko Bóg.

Znowu klasa
i znowu cała szkoła.
Liczy się kasa,
a potem sama wiesz.
Skoro cię wziąć zdążyli za matoła
życie kozła ofiarnego trzeba znieść.

ref.:Nie chcę żyć w społeczności szkolnej,
gdzie każdy każdemu jest wróg
Nie chcę żyć w rzeczywistości podłej,
gdy chamstwo i rozpacz zwala z nóg

Kiedy siedzisz
ławkę masz przed oczyma
i plecy brata,
co jest tu razem z tobą.
Lecz nie zmylą cię takie piękne słowa; będziesz lepszy- zahaczy cię nogą

Gdy dasz zeszyt
 na zadane ci pytanie
Jak głupia owca z pochylonym czołem
Gdy w służebności swej zasłabniesz
dorwą i nazwą jeszcze kujonem.

ref.:Nie chcę żyć w społeczności szkolnej
gdzie każdy każdemu jest wróg
Nie chcę żyć w rzeczywistości podłej
gdy chamstwo i rozpacz zwala z nóg

Napisać sprawdzian,
a potem też maturę
i znów do muru przygwożdżą cię;
pisz albo nie pisz;
jak piszesz jesteś dureń,
a jeśli nie, to jeszcze gorsza rzecz.

ref.: Nie chcę żyć w społeczności szkolnej, gdzie każdy każdemu jest wróg
Nie chcę żyć w rzeczywistości podłej
gdy chamstwo i rozpaczy zwala z nóg. ×2


***

Rok zaczął się spokojnie. Bagatela dwa zaległe sprawdziany i parę kart A4 zadań. Luz jednym słowem i sielanka. I koledzy w klasie mili. Już jak przywalą lewym sierpowym to prawie w ogóle nie czuć. A po miesiącu ciemnienia i sinienia na zmianę już nawet rany nie widać. Rany kłute też jakoś szybciej schodzą. Jak się nawet człowiek wywali od podstawionej nogi to podłoga tak przyjemnie otula zimnem i przytulnym kurzem z okruszkami bliżej nieokreślonych substancji.
Zawsze czuję dziwną rozpacz i wewnętrzne rozdarcie przy przekraczaniu wycieraczki za drzwiami. Mijam sekretariat i toalety. I idę. Idę idę idę. I chciałabym tak iść w nieskończoność, ale wszystko musi mieć koniec. Nawet szkolne schody. Witaj klaso. Witaj klaso. Witaj.